Media w niemczech – przełożenie wajchy ?

Od wizyty Trumpa w Polsce czy spotkania G20, w niemieckiej prasie obserwuję coś jakby przełożenie wajchy.

Lewicowy ekstremizm

Do tej pory lewicowy ekstremizm był banalizowany. Obowiązywała narracja – „lewica” i „przemoc” to słowa wzajemnie się wykluczające. Teraz nie tylko nie ma bagatelizowania, ale też są pytania, jak bardzo można być na lewo zanim się wpadnie w ekstremizm, czy Die Linke to już część „czarnego bloku” czy jeszcze nie. Lewica musi się tłumaczyć, że nie jest faszyzmem. Tak jak do tej pory każdy kto był konserwatywny musiał udowadniać, że nie jest wielbłądem, tak teraz zaczyna się podobny proceder wobec lewej strony.

Cisza w sprawie Polskiej reformy sądów

Tutaj spodziewałem się konkretnego szit-stormu, a panuje cisza. Reforma sądownictwa to przejechanie Niemcom po wszystkich odciskach. Po pierwsze, dla Niemców prawo i praworządność, to najwyższa wartość. Po drugie Niemcy nie są w stanie zrozumieć że elita (w sensie aparat administracyjny państwa) jest przegniły, czy, że jest po prostu mafią, W niemieckim świecie elita to najuczciwsi i najinteligentniejsi. Po trzecie, Niemcy nie są w stanie zaakceptować radykalnych zmian.

Z gazet głównego nurtu, temat upolitycznienia Sądów i SN była na dole strony. Przy czym jedna gazeta powiedziała, że reforma jest kontrowersyjna, ale w sumie przybliża system polski do niemieckiego. Druga napisała o czerwonej linii podkreślając jednak, że jest to nic więcej niż cytat z „Rzepy”.

Ciekawie przedstawił to publiczne radio: „W Polsce narodowo-konserwatywny Sejm przegłosował kontrowersyjną ustawę o reformie SN. Opozycja i niektóre organy UE są przeciwne”. Sucha informacja bez umorlaniającej oceny, bez nazywania PiS populistami, bez protekcjonalnego tonu.

Jeżeli strategią opozycji totalnej jest „ulica i zagranica”, to zagranica odpadła.

Posypanie głowy popiołem

W praise ukazały się też kilka ciekawych artykułów o roli prasy i wolności słowa. Jeden o tym, że z tą tolerancją i wolnością słowa to w Niemczech krucho. Dopóki ktoś mówi to, co należy mówić, to jest tolerowany. Gdy ktoś jednak odważy się mówi coś, czego mówić nie wolno – np. że według statystyk, wśród imigrantów chińskich, 90% dzieci ma maturę, a w śród Tureckich tylko 16% – to jest wykluczony, zakrzyczany i nie obowiązują wobec niego nawet zasady kultury osobistej, Tekst przyozdobiony był przedstawionym niżej obrazkiem. (wolne tłumaczenia – Stul pysk).

Talkshow-Guenther-Jauch

Inny tekst przedstawił badanie profesorów z trzech uniwersytetów, że podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku prasa zawiodła. Zamiast krytycznego żurnalizmu mieliśmy maszynkę propagadny topiącej problemy w eufemizmach.

Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego fakt, że dzieci z imigracyjnych rodzin chińskich zdają maturę, a z tureckich nie, tak bardzo drażni lewicę. Być może chodzi o to, że te dwie grupy są przemielone przez ten sam aparat szkolno–administracyjny, a wynik zależy od czegoś zupełnie innego – kultury i tradycji rodzinnych. Być może lewica nie jest w stanie zaakceptować, że maszyna administracyjna ma w rzeczywistości tak umiarkowany wpływ na ukształtowanie człowieka. Że człowiek jednak nie jest tabula rasa, którą można dowolnie zapisać.

 

Podsumowanie

Trump wygłosił w Polsce program konserwatywnej kontrrewolucji. Dość otwarcie pogroził paluszkiem, że jak komuś nie odpowiada, to USA może przenieść wojska w Niemiec do Polski. Według mnie to właśnie spowodowało przestawienie wajchy. Niemcy mogą albo iść własną drogą, albo być najlepszym uczniem w głównym nurcie. Raczej zaakceptują zmianę głównego nurtu i wybiorą to drugie.

Niemiecki rząd zaakceptował chyba też, że Polska z protektoratu niemieckiego przechodzi na amerykański. Wygląda na to, że zaczyna się proces emancypacji Polski na arenie międzynarodowej i w ramach struktur UE.

Zastrzeżenie

W Polsce często stosowany jest numer: pojawia się cytat z Sueddeutsche Zeitung z tytulem – „niemiecka prasa pisze”. To jest lipa. SZ to nie jest „niemiecka prasa”, to nie jest to główny nurt. SZ jest gazetą w jakimś sensie niszową. W Bawarii, konserwatywne CSU ma ponad 60% poparcia, a SZ z Monachium jest taką bezsilną opozycją, coś jak teraz GW.

 

 

Kra, Kra, Obligacje

Dzisiaj pochylmy się nad wykresem rentowności 10-cio letnich obligacji USA. Na ilustracji widzimy, że od 1987 roku rentowność systematycznie spada, a od prawie 10-ciu lat formuje się coś jakby trend boczny.

wpis_42_1

Strzałki oznaczają trzy punkty: paniczną wyprzedaż, płaskie dno, które pogłębiło spadki i drugie płaskie dno, które nie pogłębiło już spadków. Gdyby ten wykres przedstawiał cenę akcji, a formowanie dna trwało by rok-dwa, a nie dziesięć, to poważnie zastanawiałbym się nad inwestycją. Na moje krzywe oko, 30-stoletni trend spadkowy kończy się. Potwierdzeniem tego zakończenia byłoby dno, wyżej niż poprzednie, a następnie przebicie linii trendu.

To, że stopy procentowe będą rosnąć wiedzą wszyscy. Nie ma tu żadnej nowości. Jednak powszechna interpretacja jest, według mnie błędna. Wzrost długoterminowych stóp procentowych, to nie problem dla dłużników, tylko dla oszczędzających. Dłużnik płaci, ile płacił. Gdy jednak rentowność wzrośnie o 1p%, to cena obligacji, czyli wartość oszczędności emerytalnych milionów ludzi spadnie orientacyjnie o 10%. Naiwne myślenie mówi, że gdy ceny spadną (rentowność wzrośnie), to popyt na obligacje wzrośnie (co spowoduje przy okazji krach na giełdzie). Jest to jednak myślenie życzeniowe – co z tego, że obligacja ma rentowność o 1p% większą, skoro jej cena w następnym roku spadnie o kolejne 10% ? To jest łapanie spadającego noża. To żaden interes łapać spadający nóż, to strata kapitału. Prawdziwy popyt pojawi się dopiero, gdy rentowność przestanie rosnąć.

Czy na rynku obligacji grozi nam bessa ?

Mówiąc o bessie musimy pamiętać od dwóch aspektach. Fundamentem bessy jest niemożność oszacowania przyszłości, tym samym brak możliwości wyceny instrumentu finansowego. To nie spadki cen czy panika są fundamentem bessy, a to, że nie wiemy jak ocenić, czy jest tanio, czy drogo.

Mechanizmem bessy jest samo-sprawdająca się przepowiednia. Ceny akcji spadają, co powoduje wstrzymanie inwestycji i ograniczenie konsumpcji dużych towarów. Ludzie tracą pracę i tworzy się otoczenie ekonomiczne, w którym nie wiemy, jak będzie wyglądała przyszłość. Spadki cen akcji wywołują taki stan gospodarki, że nie jesteśmy w stanie oszacować ich cen. Rynek akcji jest więc kryzysotwórczy.

 

Ten mechanizm, generalnie, nie działa w przypadku obligacji. Ceny obligacji (i funduszo emerytalnego rzeszy obywateli) spadają, co powodu ograniczenie konsumpcji. Inflacja spada, potem spadają też oczekiwania inflacyjne. Zaczyna się deflacyjna recesja – czyli spadek rentowności i wzrost cen obligacji. Rynek obligacji, w kapitalizmie, się samodzielnie stabilizuje.

Może jednak wystąpić inne zjawisko, które normalnie nie występuje w kapitalizmie, ale w soc-realizmie było bułką z masłem. Ceny obligacji spadają, ale ludzie zamiast więcej oszczędzać postanawiają ratować co się da – kupują faktyczne towary, nieruchomości i wszystko co się rusza. Co potrzebne i to co niepotrzebne – na wymianę. Napędza to jeszcze dalej inflację i prowadzi do pogłębienia spadku cen obligacji i wzrostu oczekiwać inflacyjnych (rentowności). W takiej sytuacji akcje, czyli coś co produkuje towary konsumpcyjne, też będą obiektem pożądania.

Podsmumowując

Po pierwsze przypominam, że mówimy tutaj o pokoleniowym procesie, który trwa latami. Może być tak, że przez następne rok-dwa nic się nie stanie, ale za pięć lat będziemy już żyli w innym świecie.

Po drugie, nie wiemy jak to jest, gdy oczekiwania inflacyjne rosną. Ostatni raz z takim czymś mieliśmy do czynienia w latach 70-tych. Nie wiemy jednak jaka będzie natura tych oczekiwań inflacyjnych, jedyne co wiemy, to że nie będą to surowce, jak w latach 70-tych. Raz, że surowcami świat się krztusi, a dwa, że sprzeczne byłoby to z zasadą zmienności. Możemy się jedynie domyślać, że będzie to miało związek z niedoborem siły roboczej i nadmiarem emerytów.

Po trzecie wreszcie, pierwszym poszkodowanym będą ludzie i kraje mający duże oszczędności w postaci obligacji. Kraje z oszczędnościami, to kraje w nadwyżką handlową – Niemcy, Chiny, Japonia. Ludzie, to raczej ci starsi niż młodsi, ci dekadę przed wiekiem emerytalnym.

Po czwarte wreszcie, kredytobiorcy też ucierpią, ale dopiero, gdy będą musieli przerolować kredyt. W Polsce kredyty hipo rolowane są co 3 miesiące, w normalnych krajach po 10 latach. Ci, którzy wieli kredyty w okolicy 2010 mogą już mieć problem.

DAX – perspektywa pokoleniowa

W 1982 roku na DAX-ie rozpoczęła się trwająca do dziś dynamiczna hossa o nachyleniu trendu wzrostowego o 8.5%. Pierwsze refleksja jest oczywiście taka, że jeżeli rysując linię trendu machnęliśmy się o 0.5%, to w perspektywie 35 lat robi się z tego 20% albo 2500 punktów. W tak długiej perspektywie, detale mają znaczenie.

Poniżej widzimy dwa wykresy używając świec kwartalnych (wykres 1) i miesięcznych (wykres 2). Również linie trendu zostały tam pociągnięte inaczej.

wpis_40_1

wpis_40_2

Zniesienia harmoniczne zostały tak pociągnięte, by zniesienie 38% wypadło na szczyty hossy z 2000 i 2007 roku. Właśnie w tym zniesieniu jest główny problem. Osiągnęliśmy pewien etap. To, co chciałbym wyczytać z długoterminowych wykresów, to czy z dalekiej perspektywy jesteśmy wykupieni, więc czeka nas bessa, czy też wyprzedani, więc po korekcie/postoju rośniemy dalej.

Interpretacja wykresu pierwszego:

Przetestowanie szczytu z 2000/2007 nie jest możliwe w ramach trendu, więc nie ma nawet po co próbować 🙂 Jesteśmy obecnie w połowie drogi między wykupieniem a wyprzedaniem, co sugerowałoby, że pora na euforyczną fazę hossę. Ten ostatni rok–dwa przed załamaniem i kryzysem. Ten poziom krańcowego wykupienia to z grubsza szacując: 1.085^12 * 8 000 = 22 000, czyli przed nami dużo powietrza z góry.

Interpretacja wykresu drugiego:

Jesteśmy obecnie w stanie lekkiego wykupienia. Rosnąc umiarkowanie szybko, możemy uderzyć o sufit w okolicy 16 000. Potem można wyobrazić sobie bessę, która zatrzymuje się na dolnej linii trendu a jednocześnie na wsparciu na 8 000. Po takim układzie rosnąć moglibyśmy naprawdę długie lata – do emerytury.

W zasadzie obie interpretacje są słabe. W długich wykresach nie widzimy, czy będziemy mieli siłę przejść obecne poziomy, czy też korygujemy się, względnie mocno się korygujemy. Odpowiedzi trzeba chyba szukać na innej skali czasowej.

Stan zbliżony do wojny domowej w Hamburgu.

Plan na ten wpis był inny. Miała to być interpretacja wystąpienia Trumpa i „stanu zbliżonego do wojny domowej” w Hamburgu. Te dwa wydarzenia mogą się okazać centrum przełomu pokoleniowego, który, jak piszę od kilku lat, powinien przyjść 28 lat po przełomie 1989 roku.

Jednak ze zdumieniem stwiedziłem, że w Polskich mediach o temacie cicho i głucho. Nie mam telewizji, ale w internetowych wydaniach gazet nic nie ma. Nawet jeżeli ktoś nie zna języka, polecam wejść na stronę np. welt.de albo faz.de i pooglądać zdjęcia, albo filmiki. Zamiast interpretacją, muszę zabawić się w kuriera wojennego.

Więc szybkie streszczenie –  w Hamburgu od czwartku panuje „stan zbliżony do wojny domowej”. Lewicowe bydło organizuje brutalne zamieszki, w których, póki co, rannych zostało 180 policjantów. W piątkowe gazety pełne były filmów z płonącymi samochodami. Ostatniej nocy aktywiści rzucali koktajle mołotowa i kamienie w policję oraz plądrowali sklepy. Nie tylko wybijali szyby sklepów, ale plądrowali je „na płasko”.

Policja interweniuje bardzo powolnie. Widziałem filmik, że Policja tylko trzyma linię, i całkowicie pozwala na plądrowanie, o ile protestujący nie przechodzą linii. Komentator twierdzi, że Policji nie chodzi już o obronę porządku prawnego a o uniknięcie ciężko rannych i zabitych.

Opinie które się pojawiły w gazetach są według mnie przełomowe. Do tej pory było tak, że gdy człowiek się krzywo spojrzał na tęczowe małżeństwo, to było to księgowane jako wykroczenie prawicowego ekstremisty. Gdy lewicowe bojówki kogoś pobiły do nieprzytomności albo podpaliły samochód, było to, być może kontrowersyjne, ale tylko wyrównanie historycznych krzywd. Teraz się zmieniło. Die Welt napisał: Nowa faszystowska przemoc Lewicy – oraz jej przyjaciele.

Do tej pory na ekscesy lewicowe przymykano oczy, ze względu na rzekomą walkę lewicy z faszyzmem. Nazwanie lewicy faszyzmem, to coś, czego wcześniej nie było. To nagły krzyk – król jest nagi. W tym artykule bardzo mocno dostało się Zielonym, którzy się od przemocy nie zdystansowali i zrzucali winę na Policję. Kolejny artykuł wzywał do natychmiastowego zamknięcia lewicowych organizacji (finansowanych przez granty państwowe …)

Sytuacja jest dynamiczna. Nie wiadomo jak to się wszystko skończy. Na dziś planowana jest duża, pokojowa demonstracja na 100 000 ludzi. Jeżeli podczas niej wybuchną zamieszki, to wszystko już staje się możliwe. Według mnie, tego co się stało nie da się po niemiecku zrelatywizować i utopić w gadaninie. Według mnie jest to ten zimny prysznic, który każe powiedzieć – koniec. Nie będziemy tego dłużej tolerować.

Całość może ukształtować nadchodzące wybory parlamentarne. W tych wyborach tak naprawdę najważniejszy jest wynik Zielonych. Ta partia ma zawsze tylko kilkanaście procent, ale to ona nadaje narrację i agendę. Obecnie Zieloni mają około 6-9% zależnie od badania. Jeżeli ludzie skojarzą, że ten stan zbliżony do wojny domowej jest efektem lat nacisków tej partii, mogą się od niej zdystansować i skończy się poniżej 5%. Wypadnięcie Zielonych z wielkiej polityki może spowodować zmiany porównywalne z zamianą w Polsce PO na PiS.

Euro – bilans zysków i strat – Niemcy

Kto naprawdę zyskał, a kto stracił na Euro, tak naprawdę nie wiemy. By to wiedzieć napewno, musielibyśmy wiedzieć, jak potoczyłaby się historia ekonomiczna bez tego projektu. Tu możemy tylko spekulować, snuć domysły. Spróbujmy to mimo wszystko zrobić, za punk wyjścia przyjmując rok 2002.

Zacznijmy od Niemiec, które weszły wtedy w ciężki okres po pęknięciu bańki technologicznej. Możemy bezpiecznie założyć, że samodzielna Marka zachowywała by się podobnie do Franka szwajcarskiego: do 2007 roku Marka byłaby słaba i z bardzo niskimi stopami procentowymi. Popyt na kredyt ze strony Hiszpanii i innych krajów południa prowadził do tego, że Niemcy miały za mocną walutę i za wysokie stopy procentowe. Efektem były bardzo ciężkie reformy – Agenda 2010.

W Niemczech było kiedyś tak, że zasiłki były na tyle wysokie, że po utracie pracy nikt nie szukał zatrudnienia na niższym stanowisku – nie opłacało się butów zdzierać. Tym samym, pracownikom bardziej opłacało się fabrykę zamknąć, niż ciąć pensje.  Po ograniczeniu zasiłku do jednego roku sytuacja zmieniła się diametralnie. Nastąpiła redukcja pensji, pojawił się sektor niskich płac i tak zwanego elastycznego zatrudnienia. Wielu ludzi zostało wtedy zdeklasowanych. Ludzie na zasiłkach socjalnych, często niezatrudnialni, zostali zarejestrowani jako bezrobotni. Ożywienie gospodarcze przyszło dopiero w 2006 roku.

W 2008 roku przyszła Wieka Panika i kryzys gospodarczy, w Niemczech bardzo specyficzny. PKB spadło w porywach do -7% r/r, ale bez kosztów społecznych. Mimo tak głębokiego spadku PKB, nie było masowych zwolnień. Był to cały czas efekt Agendy 2010, po prostu Niemcy weszły w recesję z za niskim zatrudnieniem, do tego wcześniej wiele firm cięło zatrudnienie na oślep, a gdy przyszło ożywienie, obudziły się bez kadry do realizacji zamówień. Dlatego niemieckie firmy wzięły recesję na klatę.

Po kryzysie Niemcy rozwijają się bardzo dobrze, a po wybuch Euro-Kryzysu w 2010 roku nastąpił boom inwestycyjny. Wcześniej Niemcy eksportowały około 100 mld euro rocznie kapitału, który lądował w Portugalskich czy Greckich obligacjach. Teraz ten kapitał zaczął szukać szczęścia w samych Niemczech.

Kontynuując nasz sposób myślenia, że Marka zachowywałaby się podobnie do Franka, musimy powiedzieć, że od około 2009 roku Niemcy zyskują na Euro. Bez Euro marka byłaby dużo silniejsza i sektor eksportowy nie byłby tak silny jak teraz. Można powiedzieć, cytując komentarz z poprzedniego wpisu, że Niemiecki robotnik żyje na kredyt zaciągany przez Greków. Niemiecki robotnik musi jedynie pogodzić się z tym, że wakacje we Włoszech nie są wcale aż tak tanie.

Osobny temat to ceny nieruchomości. W Niemczech nie było bańki ze szczytem w 2007 roku. Gdy w Polsce był boom, w Niemczech ceny lekko spadały. Trzeba jednak dodać, że lekko spadające globalne ceny oznaczają, że w miastach gdzie jest atrakcyjna praca ceny rosną, a na prowincji bardzo spadają. Po kryzysie zaczął się wzrost, gdzieś w okolicach 2010–2012 roku. Od tamtej pory zaczyna się formować bańka. Wzrost cen przyśpieszył w 2014 roku wraz z załamaniem cen ropy i spadkiem długich stóp procentowych. Czy ten wzrost to bańka, okaże się dopiero w przyszłości, w każdym razie są miejsca, np. Monachium, gdzie ceny odpłynęły.

Gdyby nie Euro, to według mnie ceny nieruchomości byłyby obecnie jeszcze wyższe. Niemcy musiałyby walczyć z silną Marką wprowadzając ujemne stopy i inne instrumenty. Niemcy wierzą, że gdyby nie południe, to stopy teraz byłyby wyższe. Jest to kompletne nieporozumienie – gdyby nie południe, to Marka byłaby mega-silna i stopy byłyby ujemne, by walczyć z silną walutą – jak czyni to Szwajcaria.

Niemcy obecnie prą do narzucenia Euro Polsce. Interes w tym byłby taki, że Niemiecki ciułacz, poprzez fundusze ubezpieczeniowe, potrzebuje kogoś kto zaciągnie kredyt, ale bez ryzyka walutowego. Euro potrzebuje krajów jak Polska – z dużym potencjałem popytowym.

Czy Niemcy będą wygranym ?

Obecnie uważamy, że Niemcy wygrywają, gdyż sprzedają towar Francuzom, za obietnicę, że ci im kiedyś zapłacą. Tutaj dochodzimy do samego clue. Czy oddadzą, i czy oddadzą w walucie, która będzie coś jeszcze warta. Moje zdanie znają wszyscy – jeżeli waluta nie będzie rozwodniona, wtedy nie oddadzą. Oddać mogą jedynie w dużo słabszym Euro. Moje stanowisko stało się też ostatnio oficjalną linią MFW – Europa musi zgodzić się na lata inflacji w kontekście bardzo niskich stóp procentowych, by inflacyjne oddłużyć południe i wywłaszczyć północ. W ogólnym rozrachunku może to oznaczać dla wielu Niemców bieda-emeryturę, gdy okaże się że oszczędzane przez nich przez lata pieniądze są niewiele warte.

Jak pisałem, Niemcy prą do narzucenia Euro Polsce, gdy się jednak okaże, że Euro jest unią transferową, że kredyty nie będą w mocnym pieniądzu spłacone, to parcie się znacznie obniży …

Czy wchodzić do strefy Euro ?

Planowałem dzisiaj napisać o DAX-ie, ale widząc bombardowanie opinii publicznej tekstami o przyjęciu Euro, nie mogę milczeć. Jeżeli komuś nie chce się czytać do końca, mówię już na początku – nie wchodzić.

Zaczniejmu od wywiadu z prof. Kołodko. Piszę on tam wiele rzeczy mniej lub bardziej bez pokrycia, ale wywiad zakończony jest świetnym podsumowaniem, które wymaga omówienia:

Rozsądnym wyjściem z sytuacji byłaby pomoc Grecji pod pewnymi warunkami, co praktycznie sprowadziłoby się do istotnej redukcji greckiego długu. Obecnie oscyluje on wokół 180 proc. PKB, gdyż po bardzo brutalnym okresie dostosowań narzuconych Grecji z zewnątrz dług rósł, a nie spadał. To jest przykład tego, jak zła polityka tzw. trojki, czyli Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego – w dużym stopniu pod dyktando Niemiec i Francji – wpędziła Grecję na ścieżkę wieloletniej recesji i pomimo ostrego zaciskania pasa nie udało się przywrócić tej gospodarce dynamicznej równowagi.

Polityka Trojki jest jedyną możliwą polityką na gruncie traktatów strefy Euro. Jest jednoznaczną implementacją paragrafu 125 (no-bailout-rule) z której wynika zasada wewnętrznej dewaluacji. Jeżeli ktoś uważa politykę Trojki za błędną, to musi automatycznie uważać konstrukcję strefy Euro za błędną. Chyba, że mówi „strefa Euro” a myśli o jakiejś bajkowej unii monetarnej.

Podobnie wypowiada się pan Kotecki.

Byliśmy w stanie spełnić kryteria nominalne, czyli mieć deficyt i dług publiczny na poziomach wymaganych przez unijne traktaty, stabilne ceny czy długoterminowe stopy procentowe, a nawet utrzymać złotego dwa lata w ERM2, wężu walutowym, który sprawdza, czy narodowa waluta jest stabilna wobec euro. Niestety wybuchł kryzys.

Kiedy wreszcie ekonomiści i politycy zrozumieją, że kryzys jest naturalnym elementem rzeczywistości gospodarczej. Kryzysy były, są i będą. Kryzysy są takim samym elementem gospodarki, jak wypadki samochodowe są elementem motoryzacji. Zauważmy jednak, że koszt mojego samochodu, to w ponad połowie koszty związany z zachowanie podczas wypadku – gniotliwość karoserii, systemy aktywne i pasywne, poduszki powietrzne i wreszcie koszt ubezpieczenia. Połowa samochodu koncentruje się na, rzadkiej przecież, sytuacji wypadku. Przyjmowanie waluty „na dobrą pogodę” to głupota w przypadku ekonomisty i zdrada w przypadku polityka.

W prasie ukazało się też wiele artykułów i wywiadów, że Euro to proces cywilizacyjny i że Polska musi, jeżeli nie chce stać z boku. Czy Euro prowadzi do wspólnoty i pokoju ? Podstawowy problem z Euro jest taki, że umożliwia trwanie nierównowagi bilansu handlowego, którego rynek nie może, przy sztywnej walucie, skorygować. Dopóki pożyczkodawca wierzy w spłatę kredytu, nierównowaga może narastać, potem narasta dalej dzięki bilansowi ECB. W efekcie mamy kraje pożyczkodawców i kraje pożyczkobiorców – co prowadzi do polaryzacji i naturalnego konfliktu.

Trochę ekonomii

Czy tańszy kredyt przyśpieszy wzrost ? Bo to, że Euro dałoby tańszy kredyt jest bezsprzeczne. Tańszy kredyt prowadzi to zwiększenia się popytu. Jeżeli ten popyt może być zaspokojony z podaży krajowej, bez wzrostu cen, to znaczy to, że stopy procentowe były za wysokie. Nie trzeba wchodzić do żadnej unii monetarnej, wystarczy stopy procentowe dopasować do gospodarki. Jeżeli ten popyt nie może być zaspokojony, to wzrost kredytu przekłada się automatycznie na wzrost importu. Wzrost importu nie prowadzi jednak do wzrostu gospodarczego, a nawet jest jego obciążeniem na przyszłość. Widzimy, że w teorię o szybszym wzroście, dzięki tańszemu kredytowi możemy wierzyć tylko przy założeniu, że stopy procentowe są źle ustawione.

Jedyny przypadek, gdy towar importowany nie może zastąpić krajowego to nieruchomości. Tańszy kredyt, dzięki strefie Euro, poszedł w krajach południa we wzrost cen nieruchomości i wyparcie krajowych towarów importowanymi.

Czy wspolna waluta przyśpieszy konwergencję ? Jeżeli przykładowo, BMW jest zaniepokojone tym, że Francja ma słabą i słabnącą walutę, to zaczyna rozważać przeniesienie montażu do Francji. BMW się zabezpiecza przed zmianami kursowymi, a jednocześnie gospodarki obu krajów są bardziej zintegrowane. We Francji powstały nowe miejsca pracy. Gdy jednak we Francji i tak jest Euro, to po co tam otwierać fabrykę ? Jeżeli płacę są znacznie niższe, to ma to jakiś tam sens, ale zabezpieczać się przed dalszym spadkiem waluty się nie trzeba. Tym samym wspólna waluta sprzyja koncentracji przemysłu.

Na koniec dodam, że całą motywacją do wprowadzenia strefy Euro miała być właśnie wspomniana konwergencja. Euro miało umożliwić pozostałym krajom dogonienie Niemiec. Ta konwergencja to jednak typowy Unicorn czy mówiąc nowomową fakt alternatywny. Nie tylko kraje głębokiego południa się od Niemiec oddaliły, znacząco oddaliła się też bardzo bliska Francja. Dwadzieścia lat temu Francja była prawie tak bogata jak Niemcy, a przy tym dużo ładniejsza – obecnie, aż szkoda patrzyć.

Piękne wybicie

Wspomniany w sobotę Commerzbank pięknie wybił się górą z dwumiesięcznej konsolidacji. Potwierdziła się przy tym stara prawda, że im dłuższa konsolidacja tym mocniejsze wybicie. Miejmy nadzieję, że to wybicie wyznaczy kierunek dla całego rynku.

wpis_41_1

W następnym odcinku przeanalizuję bliżej DAX z perspektywy ostatnich 35 lat. Wykres już zrobiłem, ale cały czas nie do końca potrafię odczytać, co on do mnie mówi.