Rozsypka francuskiej energetyki jądrowej

W Europie mamy kumulację nieszczęść. Ważnym jej elementem jest rozsypanie się francuskiej energetyki jądrowej w momencie, w którym najbardziej Francja i Europa jej potrzebuje. Latem tłumaczyliśmy to niskim stanem rzek i wynikającym z tego brakiem chłodzenia reaktorów. Jednak w październikowych danych, cały czas nie ma poprawy. Przyjrzyjmy się wykresom.

Pierwszy wykres przedstawia produkcję prądu we Francji od 2017 roku. Trzy linie to odpowiednio produkcja całkowita, z energetyki jądrowej oraz z pozostałych źródeł energii. Energetyka jądrowa odpowiada za około dwie trzecie całkowitej produkcji prądu. Te pozostałe źródła są bardzo zdywersyfikowane i żaden z nich nie ma dominującego znaczenia. Jest tam energia z wody, wiatru, węgla, gazu i paneli fotowoltaicznych. Zimą miesięczna produkcja energii sięga 60 TWh. Dla porównania średnia produkcja prądu w Polsce to 12-15 TWh, a w Niemczech 40-50 TWh miesięcznie. Widzimy dużą, 20 TWh różnicę między zimą i latem. We Francji ogrzewanie prądem nie jest wyjątkiem, tak ogrzewa się 40% gospodarstw domowych. Przy czym cena prądu we Francji była historycznie zbliżona do ceny gazu w Niemczech. Na wykresie widzimy też dołek w 2020 roku i jest to zapewne efekt lockdownu. Produkcję ograniczono ze względu na spadający popyt.

Przyjrzyjmy się dokładniej produkcji z elektrowni jądrowych w tym roku. Na wykresie od 2018 roku widzimy sezonową cykliczność. Zimą produkcja wynosi około 40 TWh miesięcznie, a w miesiącach letnich jest to 30 TWh. Francja zawsze latem serwisowała swoje elektrownie, gdy popyt spadał i można było bezpiecznie wyłączyć reaktory. Jeżeli zamkniemy oczy na zamknięty w domach rok 2020, to widzimy, że w tym roku mamy lukę na około 10 TWh miesiąc w miesiąc. W tym roku lato we Francji rozpoczęło się wcześnie i było bardzo gorące. Tłumaczy to niski poziom przez całe lato, ale dane październikowe cały czas są niskie. Czyli Francja nie radzi sobie z problemem korozji w nowych reaktorach.

Przyjrzyjmy się jeszcze skumulowanej produkcji energii elektrycznej w elektrowniach jądrowych. Widzimy tu, że do końca października mamy lukę na prawie 100 TWh. To prawie tyle, ile wynosi całkowita produkcja w tym czasie w Polsce. Nie wiemy jeszcze jak wyglądała produkcja prądu w listopadzie, ani jak będzie wyglądała przez następne miesiące. Opcje obecnie są takie, że w wariancie optymistycznym Francja zaspokaja własne potrzeby, a w pesymistycznym, że musi importować prąd. Eksport możliwy jest tylko poza miesiącami zimowymi.

Francja miała okazję stać się opoką stabilności energetycznej w Europie w czasie kryzysu energetycznego. Mogła całe lato eksportować prąd, by zaoszczędzić brakujący gaz i brakujący węgiel. Niestety, jej elektrownie rozsypały się w najmniej odpowiednim momencie. Nawet latem była importerem energii. Teraz zbliża się zima i ogromne zapotrzebowanie na prąd do ogrzewania domów. Francja staje się dodatkowym destabilizatorem europejskiej energetyki.

Latem 2020 roku czytałem książkę o upadku cywilizacji brązu zaczynającej się orientacyjnie w 1177 roku przed naszą erą. Ponad trzy tysiące lat temu. Autor stawiał tam tezę, że upadek cywilizacji był upadkiem systemowym. Splot nieszęść spowodował, że poszczególne kraje nie potrafiły się podnieść po kataklizmach, a gęsta sieć współzależności przyśpieszyła globalny upadek cywilizacji. Zapomniano pisma i świat pogrążył się na kilkaset lat w wiekach ciemnych. Nowa cywilizacji, oparta już na piśmie linearnym, a nie klinowym, zaczęła się odradzać cztery wieki później. Historia upadku cywilizacji przetrwała przez te wieki ciemne w postaci ludowych opowiadań heroicznych, które znalazły swą ostateczną formę w postaci Iliady i Odysei Homera.

Niepokojący wykres ceny ropy

Od czerwca ropa systematycznie tanieje i obecnie jej cena jest jedynie 10% wyższa niż rok temu. Wydaje się, że kryzys energetyczny jest, o ile nie zażegnany, to przynajmniej w odwrocie. Jednak interpretacja długoterminowego wykresu jest bardzo pesymistyczna. Europejska Złota Dekada 2014-2021 to okres wyjątkowy, po którym obawiać się możemy urealnienia cen ropy i powrotu do historycznych trendów.

Pierwszy wykres przedstawia długoterminowy wykres ceny ropy od czasu uwolnienia jej ceny. Na wykresie narysowałem kanał o nachyleniu wzrostowym 5.6%. Ponieważ produkcja przemysłowa jest coraz wydajniejsza, a ogólna inflacja powinna wynosić, powiedzmy 3%, to towary, których nie da się ani zastąpić, ani zwiększyć efektywności produkcji, muszą systematycznie drożeć.

Na kanale widzimy trzy poziomy i od ich nazwania zależeć będzie nasza interpretacja wykresy. Najniższy kanał nazwijmy sobie wyprzedaniem. Wyższy kanał: równowagą, a najwyższy wykupieniem. Tutaj mamy kilka ciekawostek. Paniczna wyprzedaż podczas Wielkiej Recesji skończyła się idealnie na linii równowagi. Rynek powinien jednak poruszać się od przesady do przesady. Druga ciekawostka. Gdybyśmy ten rysunek zrobili w 2014 roku, to nasza interpretacja byłaby inna. Pierwszy kanał to dramatyczne wyprzedanie, potem jest wyprzedanie. Górna linia to równowaga, a po niej zaczyna się wykupienie. Przy takiej interpretacji, lata 2014-2021 to niepowtarzalny okres krańcowego wyprzedania, który możliwy był jedynie dzięki rewolucyjnej technologii otwierającej nowe złoża. Przy takiej interpretacji, powrót w kierunku dolnego ograniczenia kanału jest mrzonką. Powinniśmy się raczej spodziewać ruchu w kierunku krawędzi niebieskiego kanału. A potem jeszcze wyżej.

Koncepcja cyklu pokoleniowego mówi jednak coś zupełnie innego. Cały cykl trwa 28 lat i jest podzielony na dwie równe, w sensie fibo, części: 17 lat lata i 11 lat zimy. Lato się prawie zgadza, od 1998 roku do załamania w 2014 roku minęło 16 lat. Do wypełnienia cyklu powinniśmy mieć jeszcze dołek w okolicach 2024-6 roku.

Choć obie koncepcje dają zupełnie inne przewidywania na najbliższe lata, to obie dają pesymistyczne prognozy dla Europy na najbliższe dwie dekady. Pytanie, jakie jedynie jest nieoczywiste, to czy normą będzie cena 120 dolarów za baryłkę, czy 180. Jazda na łupkową gapę, tak czy inaczej, wkrótce się skończy.

Ostatnia prosta i inflacyjny karnawał

Wielkimi krokami zbliża się grudzień, a zaraz za nim koniec roku. W sklepach zaczyna się zakupowe szaleństwo. W korporacjach zaczyna się szaleństwo z dopinaniem i dowydawaniem budżetu. Inwestorzy i spekulanci liczą na rajd Świętego Mikołaja. Ten rajd by nam się faktycznie przydał i miałby bardzo ciekawą interpretację.

Stawiam tu tezę, że indeks S&P 500 jest obecnie na końcu głębokiej korekty fali wzrostowej rozpoczętej po panice koronowej w marcu 2020 roku. W zasadzie wszystko pasuje. Korekta doszła do średniej 200-stu tygodniowej, czyli normalnie. Na schemacie fibo, doszła to połowy, czyli głębokawo, typowa korekta znosi tylko 38% wzrostów. Spójrzmy na czas. Wzrost trwał 20 miesięcy, więc korekta powinna trwać około 12. Wszystko się zgadza. Trend spadkowy wyrysował bardzo regularny kanał, więc jego przebicie byłoby wyraźnym sygnałem, że trend spadkowy przestał obowiązywać.

Wybicie się ponad spadającą linię ograniczenia kanału, a potem ponad średnią 200-stu dniową i psychologiczny poziom 4000 oznaczałoby nadejście nowej fali hossy. Ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi.

Taki scenariusz oznaczałby, że hossa rozpoczęta wiosną 2009 roku cały czas obowiązuje (sic!). Mieliśmy głęboką korektę ostatniej fali i teraz pora na nową falę wzrostu, z ewentualną wymianą liderów. Ten scenariusz brzmi naprawdę zachęcająco. Zastanówmy się, co oznacza on fundamentalnie, gdyż indeksy nie będą rosły bez, przynajmniej percepcji, wzrostu wartości spółek. Ten scenariusz oznacza inflacyjny karnawał. Ceny towarów rosną, a klienci je akceptują. To klienci walczą o towar, a nie producenci między sobą o klienta. Po dwuletnim poście społeczeństwa idą w konsumpcję. Szczególnie że nie za bardzo jest sens składać coraz bardziej bezwartościowe banknoty, gdy oprocentowanie lokat nijak ma się do stopy inflacji. Więc chyba pora na ten ostatni bal.

Pamiętajmy przy tym, że tak jak wygranymi deflacji jest branża reklamy, tak samo jest ona przegranym inflacji. Dlatego wspomniałem o wymianie liderów. Z biznesowego punku widzenia facebook jest dostawcą przestrzeni reklamowej. Podobnie google, czy może lepiej pisząc podstawowy biznes google. Te spółki raczej nie będą liderami naszego balu inflacyjnego karnawału.

Kryzys energetyczny: moc jest z nami

W tym roku mieliśmy ogromne szczęście z pogodą. Sezon grzewczy, który zwykle zaczyna się gdzieś na początku października, tym razem przesuwa się na koniec listopada. Tym samym odpadło jakieś 4 do 6 tygodni grzewczych. Tylko dzięki temu magazyny gazu w Niemczech są pełne. Dzisiaj wykresy pogody z portalu wetteronline.de

Wykres przedstawiam maksymalną temperaturę dzienną przez ostatnie 12 tygodni. Widzimy na nim, że pod koniec września było kilka chłodniejszych dni, ale cały październik, temperatura dochodziła do 20 stopni. W listopadzie temperatura utrzymywała się jeszcze na poziomie 14 stopni i dopiero od kilku dni jest chłodno.

Efekt pogody widać na wykresach zużycia gazu. Widzimy ten październikowy niski poziom w porównaniu do poprzedniego roku. Obecnie zużycie dynamicznie rośnie, ale cały czas jest mocno poniżej poziomu z ubiegłego roku.

Jeżeli zima będzie łagodna, to damy radę jakoś przetrwać gazowy kryzys energetyczny bez głębszych komplikacji. Przez głębsze komplikacje rozumiem tutaj reglamentowanie gazu dla gospodarstw domowych czy dla przemysłu. W skrajnym scenariuszu dłuższy blackout.

Niemcy: zmiana trendu na 10-cio latkach

Na niemieckich dziesięciolatkach mamy odwrócenie krótkoterminowego trendu. Kurs wyrysował piękną formację trzech głów opartych na wznoszącej się linii. Ta linia połączona jest z poprzednim szczytem. Celem tej formacji jest poziom 1.5%. Mimo rekordowej, dwucyfrowej inflacji (12%) długoterminowe stopy pozostają niskie i wcale nie chcą rosnąć. Rynek nie wierzy (jeszcze) w dekadę inflacji. Tę zmianę trendu można też interpretować jako przygotowywanie się rynku do recesji i ochłodzenia koniunktury.

Polska: Dewastacja Rynku Kredytowego

Wolne a Niezależne Sądy Najjaśniejszej Rzeczpospolitej dewastują rynek kredytowy. Z każdym dniem posuwając się dalej, w obszary wcześniej niewyobrażalne. Kontynuują przy tym tradycję polskiego bardaku. Tradycję polskich instytucji, które nie dorosły do swojej roli. Cały problem zaczął się w 2004 roku. Po długiej recesji gospodarka ruszyła z miejsca. Polska weszła do UE. Choć inflacja lat 90-tych była już od kilku lat zgaszona, to Rada Polityki Pieniężnej bardzo niechętnie obniżała stopy procentowe. Były one wtedy o 3 do 6p% wyższe od inflacji. Złotówka zaczynała się umacniać. W takich warunkach banki zaczęły udzielać pierwszych kredytów we Franku.

W okolicach 2005 i 2006 roku weszły on do mainstreamu. Wtedy też KNF nacisnęła na hamulec, publikując Rekomendację S. Banki, obliczając zdolność kredytową, były zmuszone uwzględnić możliwość 20% wzrostu kursu Franka. Świat się oburzył. Oburzył się Klub Parlamentarny PiS, otwarcie krytykując KNF i grożąc zastąpieniem go innym organem. Oburzył się portal Money.pl. Prezes UOKiK nie wyraził oburzenie a jedynie zaniepokojenie, że ograniczenia idą za daleko. Instytut Globalizacji przeprowadził kampanię: „Wolność dla marzeń, wolność dla kredytów”. W raporcie końcowym padło tam podsumowanie: Polacy są ostrożni i świadomi ryzyka kursowego. Dlatego też dodatkowe regulacje są zbędne.

Na rozlicznych forach internetowych, ludzie opowiadali o szczęściu z patrzenia się na dzieci bawiące się we własnym ogrodzie przy domku kupionym na kredyt, który w trzy lata zmniejszył się o 30%. Apogeum zostało osiągnięte latem 2008 roku. Wtedy to, przy kursie 2 zł za chf banki udzieliły najwięcej kredytów. Do samego końca percepcja ryzyka stopy procentowej związanego z nieobliczalną Radą Polityki Pieniężnej była wyższa niż percepcja ryzyka kursowego.

Jesienią 2008 roku moda na inwestowanie w (byłe) republiki bananowe się skończyła. Frank wzrósł chwilowo do prawie 3 zł, ale szybko ustabilizował się w okolicy 2.60 zł. Stopy, które spadły do zera, obniżyły efekt wzrostu kursu. Do 2015 roku frank jednak systematycznie rósł, osiągając poziom 3.50 zł. W styczniu 2015 roku przyszedł szok. Szwajcarski Bank Centralny przestał utrzymywać sztywny kurs wobec Euro, a byliśmy wtedy przecież w środku hossy biotechnologicznej. Na chwilę cena przebiła nawet pięć złotych. Gdy kurz opadł, cena opadła do 4 zł, a wraz z tą ceną okazało się, że cały kredyt od początku był nielegalny.

Banki, w swojej chciwości przeliczały waluty po własnych tabelach kursów. Choć problem został uregulowany systemowo w 2012 roku, to jednak był to powód do podważenia umowy i wyślizgania się z kredytu. Pierwszy pozew to jakoś tak lato 2015, a pierwszy wyrok to wiosna 2016 roku. Ponieważ waloryzacja opiera się na niejasnej tabelce, a nie na obiektywnym kursie NBP, to żadnej waloryzacji nie ma i nigdy nie było. Tak narodził się kredyt złotówkowy oprocentowany liborem. Silnik benzynowy na ropę.

Z czasem sądy zaczęły całkowicie unieważniać kredyty. Od samego początku nigdy niczego nie było. Strony miały sobie nawzajem zwrócić to, co sobie zapłaciły. Tutaj rodzi się jednak problem: odszkodowanie dla banku, za korzystanie z kapitału. W tym tygodniu właśni i ten problem został kreatywnie rozwiązany. Sąd Najjaśniejszej Rzeczpospolitej zdecydował w jednym wyroku, że kredytu nie było, a bankowi za korzystanie z kapitału nic się nie należy. Tak narodził się kredyt brany we frankach, ale gdy trzeba będący nieoprocentowanym kredytem złotówkowym.

Obecnie jakoś tak 30% wszystkich kredytów walutowych jest podważanych w procesach sądowych. Przy czym nastąpiło tu uprzemysłowienie procesu zarówno ze strony sądów, jak i kancelarii. W Warszawie sprawę załatwia się bez rozprawy.

Pomysłowość kredytobiorców nie zna jednak granic. Również w tym tygodniu sąd zdecydował, że kredyt opary o stopę zmienną, jest dobry i pożyteczny. Dopóki te stopy spadają. Gdy rosną, wszystko jest oszustwem. Tak narodził się kredyt na spadające stopy procentowe.

Co zobaczymy, gdy kurz opadnie?

Polska giełda od 15 lat pogrążona jest w bessie. Wig20, liczony w dolarach ma dzisiaj tylko ćwierć wartości ze szczytu, z 29 października 2007 roku. To jest cena za ekscesy 2005-2007. Jaka będzie cena za dewastację rynku kredytowego przez sądy dzisiaj? Po unieważnieniu wszystkich kredytów walutowych, a potem po unieważnieniu rosnących stóp procentowych banki przestaną udzielać jakichkolwiek kredytów hipotecznych. I nie na rok. Na dekadę albo dwie. To nie jest tak, że będą kredyty na stopę stałą, bo dla banków staje się oczywiste, że gdy stopy zaczną spadać, to kredyty na stopy stałe też staną się nielegalne. Dzisiejsi nastolatkowie nie kupią mieszkania ani nie wybudują domu na kredyt, bo żadnych kredytów nikt w Polsce nie będzie udzielał. Sądy swoim absurdalnym orzecznictwem właśnie kradną im przyszłość.

Węgry — kandydat do resetu waluty

Patrząc na październikowe dane o inflacji, najbardziej w oczy rzucają się Węgry. Ceny żywności wzrosły o ponad 30%. Inflacja po wykluczeniu cen energii wynosi ponad 20%. W dzisiejszej sytuacji to właśnie inflacja bez cen energii jest lepszą miarą do porównywania krajów. Wynika to z zależnego od kraju przełożenia hurtowych cen energii na końcowego odbiorcę. Co znowu wynika tak z modelu umów, jak i z interwencji państw w rynek. W Niemczech duża część wzrostu ceny gazu i prądu kończy się na znacjonalizowanej firmie Uniper.

Przyjrzyjmy się wykresom. Pierwszy wykres przedstawia inflację bez energii w krajach UE. Węgry z inflacją większą niż 20% ewidentnie się wybijają. Polska znajduje się w środku stawki państw regionu.

Jeszcze gorzej wygląda przebieg czasowy inflacji. Ewidentna formacja kija hokejowego. Im bardziej inflacja przyśpiesza, tym bardziej przedsiębiorcy podnoszą cenę na „na zapas” by nie wyjść na frajerów i tym bardziej inflacja jeszcze przyśpiesza. Samospełniająca się przepowiednia. Pozytywne sprzężenie zwrotne.

W ciągu roku Forint stracił wobec Euro niecałe 15%, czyli tragedii jeszcze nie ma. Dalszy wzrost inflacji na Węgrzech może jednak uruchomić procesy masowej ucieczki od Forinta, czy to w inną walutę, czy to do towaru. I tu pora na rewizję moich założeń. Do tej pory zakładałem, że inflacyjny reset rozegra się przez dekadę, i waluty w tym czasie potracą po połowę, czy dwie trzecie wartości. Ten program Węgry zrealizują już w przyszłym roku. Powoli należy się też zacząć przyzwyczajać do możliwości prawdziwego kryzysu walutowego w ramach UE z Węgrami jako pierwszym kandydatem.

Nasdaq na progu bessy

Technologiczny indeks Nasdaq od kilku tygodni stoi na progu bessy. Kurs spadł poniżej średniej 200-stu tygodniowej, ale cały czas jest ponad 38% zniesieniem całej hossy od 2009 roku. Kurs ma też 10% zapasu do psychologicznego wsparcie na poziomie 10 000 punktów. Średnia 200-stu tygodniowa jest bardzo silnym wsparciem, to właśnie ona zatrzymała paniczną wyprzedaż podczas pierwszej fazy pandemii. Trwały spadek poniżej tej średniej może oznaczać prawdziwą bessę. Choć w bessę nie wierzę, to w kontynuację hossy też nie za bardzo wierzę. Bardziej w męczący trend boczny.

Patrząc od strony fundamentalnej, sprawa wygląda następująco: Netflixy i Facebooki spadły w przepaść, tracąc po 70% – 80% swojej szczytowej kapitalizacji. Kluczowe pytanie brzmi, czy pojawia się nowi liderzy, którzy dalej pociągną indeks. Gdy tych liderów zabraknie, kapitał odwróci się od tego rynku, i wszystkie spółki zaczną spadać. Drugie pytanie brzmi, jaka branża może być kandydatem do bycia liderem.

Niemieckie elektrownie jądrowe

Mino narastającego już kryzysu energetycznego, z końcem 2021 Niemcy wyłączyli zgodnie z planem trzy elektrownie jądrowe. Na przełomie tego roku zostaną wyłączone ostatnie trzy. Tym samym odejście Niemiec od energetyki jądrowej zostanie zakończone. Zastanówmy się, skąd wziął się ruch anty-atomowy, który w rządzie Schroedera zapoczątkował odejście od energetyki jądrowej.

By zrozumieć ruch anty-atomowy, musimy cofnąć się do 1945 roku. W zasadzie, do Traktatu Wersalskiego z 1919 roku, zgodnie z którym Niemcy po wojnie musiały zapłacić gigantyczne reparacje, za każdy dom, za każde drzewo. Możemy cofnąć się jeszcze dalej, Traktat Wersalski był zemstą za 1871 rok i gigantyczne reparacje, jakie musiała zapłacić Francja, czym zresztą sfinansowała Niemiecki przemysł elektrotechniczny. Te reparacje wynikające z Traktatu Wersalskiego stały się pośrednio przyczyną Drugiej Wojny Światowej i nauczeni tym doświadczeniem Amerykanie, którzy przejęli globalne przewodnictwo, podjęli decyzję o bardzo płytkiej denazyfikacji. Polegała ona na osądzeniu tylko samej góry partyjnej oraz na zrobieniu Drezna na płasko. Na płasko, w ramach treningu, zrobiono też Darmstadt.

Sam Adenauer nigdy nie był umoczony w nazizm, w 1933 roku został wypchnięty z urzędu burmistrza Koloni. Po wojnie, w wieku już prawie 70 lat, przejął inicjatywę i na gruzach katolickiej partii Zentrum zbudował chrześcijańskie CDU. Po wygraniu pierwszych wyborów w 1949 roku został Kanclerzem i pozostał nim do 1963 roku. Adenauer razem z Ludwikiem Erhardem zbudowali nowoczesne Niemcy z silną gospodarką opartą na koncepcji społecznej gospodarce rynkowej. Na koncepcji dobrobytu dla wszystkich. Ten okres, to właśnie czas niemieckiego cudu gospodarczego, ale też jednocześnie czas rozkwitu religijności i pobożności. Choć sam Adenauer był czysty, nie da się jednak ukryć, że w gabinecie Adenauera było wiele osób mocno i często na wysokich stanowiskach umoczonych w nazizm. Już rola Erharda jest niejednoznaczna. Jako doradca ekonomiczny, był przeciwny całkowitemu zniewalaniu podbitych narodów, argumentując to jednak tylko spadkiem wydajności pracy. Nie da się też ukryć, że dawni oficerowie SS zajmowali kierownicze stanowiska tak w prywatnych firmch jak i pełniąc urzędy polityczne. Dobrym przykładem jest tu Klaus Trittin. Niektórzy wylądowali na uniwersytetach.

W 1968 roku wybuchła rewolucja młodzieży. Ta rewolucja była wielonurtowa. Była zwykłą walką pokoleń, rewolucją seksualną napędzaną pigułką antykoncepcyjną, poczuciem winy za dobrobyt dzięki brakowi denazyfikacji, romantyzacją życia bliższego natury w kontekście faktycznego zanieczyszczenia środowiska przez bum przemysłowy, czy wreszcie znaną także Polski pogardą wykształconych elit do drobnomieszczańskiego dobrobytu. Kluczowe jednak jest, że 25 lat między wojną a rewolucją zostało określone naturalnym przedłużenie nazizmu. Również kluczowa koncepcja okresu Adenauera „dobrobyt dla wszystkich” został sklasyfikowany jako faszyzm.

We wczesnych latach 70-tych z luźnych środowisk rewolucji obyczajowej wyklarował się ruch anty-atomowy. Siła rewolucji skanalizowała się w proteście przeciw energii jądrowej. Osobiście uważam, choć nie mam tu twardych faktów, że skanalizowanie siły rewolucji właśnie na walkę z energetykę jądrową była spowodowana infiltracją tych środowisk przez KGB. Podobny proces zaszedł wtedy w USA, gdzie środowiska protestu przeciwko wojnie w Wietnamie przestawiły się na protest przeciwko energetyce jądrowej. Wtedy w USA co miesiąc zaczynano budowę nowej elektrowni, w Niemczech około 6 rocznie. Na początku lat 70-tych mogło się wydawać, że za dekadę zachodni świat nie będzie potrzebował kopalnych paliw energetycznych.

W połowie lat 70-tych ruch anty-atomowy przeszedł do medialnego mainstreamu. Wybiegam tu teraz w teraźniejszość, ale według ankiety przeprowadzonej na narybku dziennikarskim telewizji publicznej, 70% identyfikuje się z Zielonymi a dalsze 20% z twardą lewicą (die Linke). Gdy media głównego nurtu włączyły się do propagandy anty jądrowej, uruchomił się German Angst. Czyli specyficzny, niemiecki strach przed nieznanym, strach przed katastrofą, która może nadejść. Jest to specyficzny emocjonalny stan Niemców, dlatego również w języku angielskim ten rodzaj strachu to właśnie Angst.

W 1980 roku ruchy anty-atomowy i inne ruchy ekologiczne łączą się w Partię Zielonych. W 1983 roku wchodzi ona pierwszy raz do parlamentu. Zaczyna się też wtedy, trwająca 15 lat, epoka Helmuta Kohla. Podczas tej epoki rodzi się czy też tylko utrwala się trwający do dzisiaj mit, że Niemcy są opanowane i rządzone przez katolicką mniejszość.

W 1998 roku władzę po Helmucie Kohlu przejmuje koalicja SPD-Zieloni. Odejście od energetyki jądrowej jest jednym z punktów programu. W 2000 roku rozpoczyna się Atomaustieg, jest on początkowo argumentowany brakiem poparcia społecznego dla energii jądrowej. Argumentacja o walce z globalnym ociepleniem pojawia się dopiero później i wymiesza tematy transformacji energetycznej i odejścia od paliw kopalnych. Energetyka jądrowa ma być zastąpiona źródłami odnawialnymi, a że źródła te produkują prąd zależnie od pogody, luka ma być stabilizowana gazem. W 2004 roku Kanclerz Niemiec określa Putina mianem: „Lupenreiner Demokrat”. Rozpoczyna się budowa gazociągu Nord Stream.

Angela Merkel zawsze była przeciwnikiem zamykania elektrowni jądrowych. Jeszcze jesienią 2010 roku, po wyborach w 2009 roku, jej większość parlamentarna przegłosowała nowe prawo, które przedłużało licencje elektrowni jądrowych o 10-20 lat. Nie był to przypadek, „odejście od odejścia” było wtedy oficjalną linią CDU i ważnym tematem walki wyborczej. Wszystko to aż do wypadku w Fukushimie. Wtedy parlament przyjął Memorandum wzywającym do, najpierw tymczasowego, zamknięcia 8 elektrowni jądrowych. Memorandum to nie prawo. Była to tylko uprzejma prośba zamknięcia elektrowni. Był to też początek nowego ustroju: odejście od praworządnej republiki parlamentarnej w kierunku rządu kanclerza z mediami. Rządzenie na podstawie paska w telewizji. Rządów, których głównym celem było unikanie obrazów budzących niepokój. Listy wysyłane do operatorów elektrowni były na urzędowym papierze, ale bez numeru akt. Prawnie rzecz biorąc, były prywatną prośbą. W efekcie osiem reaktorów zostało zamkniętych.

Kolejne reaktory zamykane są 2015, 2017 i 2019. Na koniec dwie serie: na przełomie 2021/22 trzy reaktory i 2022/23 ostatnie trzy. Te dwie serie razem to około 10 GW mocy. Dla porównania Nord Stream przesyłał do 60 GW mocy gazu, co daje około 20 GW prądu. Oczywiście termin zamknięcia ostatnich elektrowni jedynie przypadkiem zbiega się z planowanym otwarciem rurociągu Nord Stream 2.

Do tej pory, przeciwna energetyce jądrowej była ponad połowa społeczeństwa. Przy czym w wykształconym towarzystwie, bardzo ufnym mediom publicznym, było to jakoś 95%. Te 5% to margines błędu, gdy ktoś był zwolennikiem, ale się nie ujawniał. W ogóle nie dało się o tym normalnie, racjonalnie rozmawiać. Teraz, wraz z eksplozją cen prądu i gazu tylko 20% jest kategorycznie przeciw energetyce jądrowej, co odpowiada też mniej więcej poparciu dla zielonych. Za przedłużeniem ich działalności na czas kryzysu jest 70-80%. Za długotrwałym użytkowaniem jest mniej, 60-70%.

Jak pisałem przy okazji tematu reparacji, taniej by Niemcom wyszło racjonalne rozliczenie się z przeszłością na podstawie faktycznych win, a nie liczenie, że jak sami się pokaleczą, to ktoś ich będzie lubił.

Główne indeksy na ważnych wsparciach

Dwa główne indeksy: S&P 500 oraz Nasdaq doszły do wsparcia na poziomie średniej 200-tygodniowej. Ja zawsze uważałem tą średnią za kluczową. To na niej często kończyły się mini-bessy w ramach naszej, rozpoczętej w 2009 roku sekularnej hossy. Dodatkowo Nasdaq doszedł też pierwszego zniesienia harmonicznego wspomnianej hossy. Nie narysowałem tu linii trendu, ale i tak widać, że jesteśmy obecnie, w ramach scenariusze sekularnej hossy mocno wyprzedani.

By szukać odpowiedzi na oczywiste pytanie: co dalej, musimy zastanowić się nad fundamentami naszej sekularnej hossy. Jej najważniejszym fundamentem jest luźna polityka monetarna w kontekście braku inflacji. Była ona możliwa najpierw dzięki zawaleniu się cen surowców podczas recesji, a potem dzięki nadmiarowi surowców energetycznych dzięki gazowi i ropie z łupków. Pieniądze z QE wylądowały poprzez rynek junk-bonds w firmach wydobywających paliwa łupkowe i zapewniły tanie dostawy. Teraz, wraz z inflacją skumulowaną z kryzysem energetycznym tego fundamentu już nie ma. I nie zapowiada się w najbliższym czasie na poprawę.

Drugi fundament hossy to fakt, że spółki technologiczne naprawdę miały coś do pokazania. Co rok lepszy iPhone, coraz więcej widzów Netflixa. Coraz więcej handlu on-line. Teraz i tutaj mamy kumulację nieszczęść. iPhone doszedł praktycznie do ściany, i nie da się już nim robić hossy, co nie znaczy jeszcze, że Apple się nie da robić hossy. Po dwóch latach lockdownu, trudno też sobie wyobrazić fali nowych odbiorców Netfliksa, Amazona czy nawet Facebooka. Czyli i tu mamy rozmiękający fundament i to na praktycznie wszystkich frontach jednocześnie.

Mamy więc trzy możliwe scenariusze.

Obecna jeszcze korekta jest zwykłą mini-bessą, jakich już przeżyliśmy z pięć. Po krótkiej zabawie ze średnią indeksy rosną i wchodzą na nowe maksima. Inflacja znika, Apple pokazuje nowy gadget zmieniający świat a ropa i gaz znowu płyną szerokim strumieniem. Prawdopodobieństwo tego scenariusza oceniłbym ma mniej niż 5%.

Załamanie, czyli krasz w stylu 2008 roku. Oznaczałoby to wejście w deflacyjną recesję, podobną do recesji z 2008 roku. Po kraszu świat zacząłby się odbudowywać, pytaniem zawsze jest, z jakiego poziomu. Prawdopodobieństwa tego scenariusza oceniałbym na jakieś 15-20%. Właśnie ze względu na deflacyjny charakter każdego kraszu. A gotówki szukającej zarobku mamy teraz mocny nadmiar.

Stagnacyjne przebudowanie. Długi boczniak. Dekadę boczniaka z osią mniej więcej o obecnym punkcie. Oznacza to realny spadek wartości indeksów o jakieś 50% w ciągu tej dekady. Oczywiście gdy indeks jest w stagnacji, nie oznacza to automatycznie, że spółki są w stagnacji. Spodziewałbym się raczej dużego ruchu. Wybranie dobrych spółek może się teraz kluczową zdolnością. Prawdopodobieństwo tego scenariusza oceniłbym na prawie 80%

Karnawał się skończył, sekularna hossa staje się wspomnieniem. Zaczyna się męczący kac. Oczywiście największymi przegranymi są ci, którzy w tej hossie nie uczestniczyli.