O bańce na derywatywach

Po dłuższej wakacyjnej przerwie pora zabrać się za pisanie. Dzisiejszy wpis miał rozprawić się z problemem czy kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego wpływały na kursy walut. Wyszedł przy okazji wpis tłumaczący zjawisko bańki na derywatywach o którym przeczytać można często w prasie nie tyle ekonomicznej, co spiskowej. Więc zaczynamy.

W przypadku kredytu we frankach sytuacja jest oczywista. Takie kredyty udzielały banki, które miały dostęp do międzynarodowego finansowania poprzez bank-matkę oraz miały za mało depozytów, by udzielić odpowiedniej liczby kredytów. Wygląda to tak: bank w Polsce pożycza franki od banku w Szwajcarii. Te franki wypłaca kredytobiorcy, który za nie od razu kupuje złotówki, albo bank sam sprzedaje franki i wypłaca złotówki. Efektem tej operacji jest to, że coraz więcej franków goni coraz mniej złotówek. Wzmocnienie się złotówki jest oczywiste. Napływ kapitału zagranicznego jest oczywisty.

Teraz zajmijmy się kredytem indeksowanym. Bank ma wystarczająco dużo depozytów na udzielenie kredytów, ale depozyty są na 6%, a popyt na kredyty jest przy oprocentowaniu 5% a nie 8%. By obniżyć kredytobiorcy oprocentowanie, bank zawiera umowę CIRS (credit interest rate swap) z bankiem w Szwajcarii. Ta umowa polega na tym, że bank w Polsce zaciąga kredyt we frankach w banku w Szwajcarii z oprocentowaniem 3% a jednocześnie bank w Szwajcarii zaciąga kredyt w banku w Polsce w złotówkach na 6%. Przy czym, nie ma potrzeby by ciężarówki z pieniędzmi jeździły w obie strony, co miesiąc banki rozliczają się tylko z oprocentowania i zmiany kursu – dlatego jest to swap a nie dwa kredyty. Bank z gotówki w kasie i z kredytu we frankach robi kredyt indeksowany. A więc kredyt wypłacony jest w złotówkach, ale zachowujący się jak we frankach oprocentowany na 5% (LIBOR 3% plus marża 2%). Ta marża to zysk banku w Polsce. Powstaje pytanie, co z kredytem w złotówkach zrobi bank w Szwajcarii. Obywatele Helveti nie są zainteresowani kredytem w złotówkach oprocentowanym na 7%, ale bank może kupić, oprocentowane na 7%, polskie obligacje skarbowe. Czyli bank za franki kupuje złotówki i tu następuje właśnie fizyczny przepływ kapitału i wzmocnienie się złotówki. Co zyskuje bank w Szwajcarii ? Ma lokaty we frankach na 3%, z których nie udzieli kredytów na 4%, bo nie ma na tym poziomie popytu. Dzięki swapowi może sam zaciągnąć kredyt na 6% i kupić obligacje na 7%. Pytanie, dlaczego Polski bank sam nie kupi obligacji po 7%, skoro ma depozyty na 6% ? Odpowiedź jest taka – na takiej operacji bank na tylko 1% marży, a na udzieleniu kredytu we franku, osobie fizycznej, bank ma marże 2% plus rżnięcie na spreadach. Zaznaczę tu jeszcze raz, że dla banku w Szwajcarii marża 1 % jest wystarczająca, ale bank w Polsce oczekuj dużo wyższej marży, np. 2%. Wynika to z tego, że Szwajcaria jest doinwestowana, a w Polsce jest głód pieniędza.

Podsumowując, każdy kredyt indeksowany kończy się popytem na polskie obligacje ze strony zagranicznych banków. Ten popyt tworzy fizyczny przepływ kapitału z zagranicy do Polski.

Zastanówmy się teraz, jak księgowane są te swapy. Swap walutowy księgowany jest podwójnie, to znaczy księgowany jest i kredyt udzielony i otrzymany. Kredyt hipoteczny na 100 tyś zł generuje więc derywatywy na 200 tyś zł u każdego z banków – w sumie 400 tyś zł.

Zauważmy też,  że nasz model jest mocno uproszczony. Ze względu na płynność, swapy nie były zawierane bezpośrednio na parze CHFPLN, tylko z trampoliną w postaci EUR. Polski bank ma więc swap PLNEUR i EURCHF, czyli 4 razy kwota bazowa, drugie tyle ma druga strona kontraktu. Jeden kredyt hipoteczny generuje prawie dziesięciokrotnie większą bańkę na derywatywach.

 

 

mWig40 daje radę

Gdy lato dopisuje jedynie okazyjnie, mWig40 pnie się w górę praktycznie codziennie. Przez prawie trzy lata indeks kisił się w połowie drogi między szczytem hossy z 2007 roku a dnem bessy z 2009 roku. Teraz, cały czas pozostaje w obrębie konsolidacji, ale wyraźnie odbił się od spodu i rysuje drugą białą świece w układzie miesięcznym. W optymistycznym wariancie możemy liczyć na ruch podobny do tego z lata 2012 roku, w kierunku 5000.

wpis_26_1

Fundamentalnie, za wzrostami stoi opamiętanie się Prezydenta w kwestii frankowej (ING, Millenium) oraz wzrost cen węgla na światowych rynkach (JSW, Bogdanka). Wygląda też na to, że firmy sektora budowlanego już się ogarnęły po Wtopie2012. Świetnie ma się też ważący 6% indeksu Kruk, ale to akurat umiarkowanie pozytywny sygnał. Podczas prawdziwej hossy, windykator powinien raczej szorować dno, ogłaszać zwolnienie grupowe i przedstawiać program naprawczy polegający na zmianie profilu działalności.

Na giełdę pozytywnie też działają sygnały płynące od miłościwie nam panujących. O rozsądnej ustawie frankowej już wspominałem. Wygląda też na to, że trzeci etap reformy OFE zostanie zrobiony z głową, a przynajmniej bez szaleństwa. Rynek obawiał się gradobicia, czyli sypania akcjami bez opamiętania. Tego chyba nie będzie, bardziej wygląda to na miękką nacjonalizację udającą normalny, działający w warunkach rynkowych fundusz. Czy sam fundusz będzie przynosił zyski czy straty, ma w tym momencie drugorzędne znaczenie, ważne, że nie zdestabilizuje sytuacji pozostałych uczestników rynku.

Duda i Franki – Salomonowe rozwiązanie

Prezydent Duda okazał się na tyle dojrzałym politykiem, by zrezygnować ze szkodliwych społecznie obietnic przewalutowania kredytów frankowych po historycznym kursie. Przedstawiona dzisiaj ustawa frankowa zakłada jedynie uregulowanie spreadów do 0.5% i nie zwiera żadnych kontrowersyjnych zapisów.

Przyczepić się można chyba tylko do sposobu rozliczenia nadmiernych spreadów. Według mnie, powinny one być traktowane jak nadpłata i zmniejszać kapitał w momencie wystąpienia. W praktyce oznacza to, że nienależne spready powinny być przeliczane na franki po kursie z dnia wystąpienia nadmiernego spreadu, a nie po kursie dzisiejszym.

Podstawową zaletą  uregulowania spreadów jest obniżenie ryzyka obrotu gospodarczego. Człowiek poszedł do banku po kredyt frankowy, a nie kredyt luźno związany z frankiem, i taki kredyt ma dostać. Dzięki temu posunięciu konsument jest ustawowo chroniony.

Co równie ważne, uregulowanie spreadow wybija argumenty cwaniackiej części frankowiczów. Frankowicze indeksowani prowadzą ostatnio następującą, cwaniacką, narrację – ponieważ tabela kursów nie jest doprecyzowania i jej użycie zostało poniewczasie uznane za klauzulą abuzywną, należy tą klauzulę wykreślić, nie wstawiając nic w zamian. Mamy więc kredyty złotówkowy oprocentowany według stawki LIBOR CHF.

Ta narracja jest nie tylko cwaniacka, stanowi też niebezpieczny precedens. Załóżmy na chwilę, że takie rozumowanie jest prawe i sprawiedliwe. Załóżmy też, że prowadzimy biznes wynajmu ciągników na 10 lat. Mamy w umowie następującą klauzulę: „płatność w wysokości 1000 zł następuje ostatniego dnia roboczego miesiąca do godziny 17:00”. Po dwóch latach jakiś urzędnik uzna, że ograniczenie płatności do 17:00 jest abuzywne. Następnie sąd, jak chcieli by frankowicze, wykreśla całą klauzulę, nie wstawiając nic w zamian – żadnej płatności więc nie ma. Cała klauzula o płatności została wykreślona, gdyż jakiś urząd uznał, że płatność powinna być do 18:00 a nie do 17:00. Takiej właśnie interpretacji prawa domagają się frankowicze i  takiej interpretacji prawa musimy powiedzieć zdecydowane nie. Ustawa przedstawiona przez prezydenta Dudę jest jednoznaczną deklaracją  – Stop Frankowemu Cwaniactwu.

Ustawa nie zamyka drogi do dalszych uregulowań, apelując do banków, by przez rok same rozwiązały problem systemowy. Naturalnym rozwiązaniem wydaje się przyjęcie za rok regulacji pozwalającej na zostawienie nieruchomości w zamiana za uwolnienie od kredytu. Takie rozwiązanie podpowiada intuicja i logika dziejowa.

Na koniec muszę niestety wyrazić swoje oburzenie na cała procedurę. Projekt tak ważnej ustawy wyciekł poza Kancelarię Prezydenta i był zamieszczony w dzisiejszej Rzepie. Tym faktem – kto wiedział wcześniej – powinna zainteresować się i prokuratura i KNF. O ile kwestia stabilności prawnej się dzisiaj poprawiła, to kwestia przejrzystości rynku jest tak samo katastrofalna jak zawsze. Dużo tu jeszcze jest do zrobienia.

S&P500 – wieczna hossa

Największy giełdowy indeks – S&P500 – wybił się na nowe szczyty. Półtoraroczny marazm został przełamany, i mamy kontynuację hossy rozpoczętej wiosną 2009 roku. Mamy kontynuację hossy od samego początku. Styl tego wybicia może jednak pozostawiać wiele do życzenia, szczególnie patrząc na sąsiedni indeks DJIA. Liderami ostatnich 12-stu miesięcy są McDonalds i Johnson&Johnson, czyli spółki dramatycznie anty-cykliczne. Trzeci jest General Electric, co powinno być dobrą wiadomością. Spółka ta jednak przechodzi od dwóch lat poważną restrukturyzację i down-sizing, a wzrost wynika chyba z wiary inwestorów, że ten fundusz hedgingowy zamieni się w zwykłą spółkę przemysłową. Jeżeli wybicie ma był potwierdzone i  oznaczać dalsze, solidne wzrosty, to pałeczkę powinny przejąć spółki cykliczne.

wpis_24_1

 

DAX do szczytów ma jeszcze bardzo daleko. Choć wyskok z wiosny 2015 roku cały czas rzuca cień na wykres, wygląda jednak na to, że DAX przetrawił już Brexit. Jeżeli DAX wybije się ponad szczyty 10300 a do tego niemieckie banki nie pobankrutują, to sytuacją będzie bardzo optymistyczna – będziemy w sytuacji bardzo wyprzedanego wykresu w kontekście wieloletniej hossy. Długoterminowy wykres jest tu.

wpis_24_2

 

Sytuacja w Polsce wygląda, tradycyjnie już, słabo. WIG20USD pozostaje cały czas w rozpoczętej jesienią 2007 roku bessie. Brexit nie służy wigom. Najbardziej jednak wigom nie służy hossa w USA. Naturalną konsekwencją wybicia się S&P500 na nowe szczyty jest wzrost aktywności inwestycyjnej i ogólnie aktywności gospodarczej w USA. Oznacza to ni mnie ni więcej,  że rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych przez FED jest już przetrawiona. Im wyżej S&P500, tym bliżej do kolejnych podwyżek stóp.

wpis_24_3

Polska gospodarka oparta jest na krótkim pieniądzu. Od zamierzchłych czasów, od 2008 roku, globalny koszt krótkiego pieniądza znał tylko jeden kierunek i Polska gospodarka na tym zyskiwała. Teraz wszystko wskazuje na serię podwyżek stóp procentowych w USA. Przełoży się to na globalną dostępność kapitału – złotówka się osłabi, raty kredytów frankowych wzrosną, a po wzroście inflacji, wzrosną też raty kredytów w złotówkach. Z tej perspektywy wcale nie dziwi, że wzrost gospodarczy jaki widzimy w Polsce od wielu lat nie przekłada się na wzrosty na giełdzie. Ten wzrost gospodarczy jest na krótkich nóżkach i skończy się solidnym kacem.

Przy okazji, po raz sto osiemdziesiąty szósty powtórzę też, że dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia kredytów frankowych, które tak czy inaczej nie będą w dużej mierze spłacone i  trzeci etap głębokiej reformy OFE, inwestowanie w Polsce jest zbyt ryzykowne.

O kredycie hipotecznym

W 2002 roku wszystkich kredytów hipotecznych było w Polsce na 15 mld zł. Teraz, co kwartał uruchamiane są kredyty na taką kwotę, a suma wszystkich kredytów sięga 400 mld zł. W ciągu dobrej dekady mieliśmy 30-sto krotny wzrost. Dla starszej młodzieży, kredyt hipoteczny stał się ważnym elementem życia: dla jedynych źródłem stabilizacji i szczęścia, dla innych wnet przeciwnie. Dla wielu, jest elementem wokół którego kręci się całe życie, który wypija wszystkie soki.

Jednocześnie, społeczeństwo tematu kredytu hipotecznego jeszcze nie przetrawiło. Ten tekst zainspirowany jest felietonem o kredytach hipotecznych w GW, napisanym w tonie „czterdziestka na karku, a kredyt cały czas nie spłacony”. Pokutuje tu jeszcze myślenie z przełomu lat 80-tych i 90-tych: dobry interes to krótki interes. Sprężenia się, by kupić mieszkanie, a potem spokojnie żyć. To myślenie ma tak naprawdę dłuższą tradycję, pisał o nim ponad sto lat temu w „Myślach Nowoczesnego Polaka” Roman Dmowski. Autor krytykował tam tradycję romantyczną i polską mentalność za brak zdolności do systematycznego działania, za działanie metodą zrywów narodowo-wyzwoleńczych, po przegraniu których, naród popadał na pokolenie w apatię. Tutaj mała dygresja do dygresji. Obecnie ruch narodowo-demokratyczny uważany jest za przejaw obskuranctwa i odgradzania się od innych. Gdy ten ruch powstawał, w połowie XIX wieku, był to ruch postępowy i jego ideą było przełamywanie granic. Przełamywanie granic podziałów społecznych. Gdy na świecie powstawał ruch narodowy, w Polsce obowiązywała jeszcze pańszczyzna i w ruchu narodowym chodziło o to, by z odseparowanych grup społecznych utworzyć jedno społeczeństwo, które podlega tym samym prawom.

Wróćmy jednak do kredytu hipotecznego. Jaki kredyt uważam za dobry ? Jaki kredyt przyniesie szczęście kredytobiorcy ?

Zakładam tutaj, że realne stopy procentowe są niskie. Przez realne stopy procentowe rozumiem stopy procentowe pomniejszone o inflację. Oczywiście od razu uderzamy o temat co to jest inflacja – czy inflacja to wzrost cen towarów konsumpcyjnych, wzrost cen nieruchomości czy wzrost płac. Prawda, w tym przypadku, jest gdzieś pośrodku.

Jak wysoki kredyt warto brać ? Według mnie, podstawową zasadą jest, że kredyt będzie trwałym partnerem. Kredyt, który nas uwiera, będzie złym partnerem. Nie chodzi o to, by się sprężyć, chodzi o to, by z kredytem normalnie żyć. W praktyce oznacza to, że przed zaciągnięciem kredytu trzeba z rok pożyć odkładając taką sumę jako przeznaczalibyśmy na raty, minus obecne koszty wynajmu. Do tego korekta na różną wysokość kosztów utrzymania – szczególnie ogrzewania. Jeżeli nie zostaje nam co miesiąc kilka luźnych stówek, to kredyt będzie nas uwierał.

Ważnym elementem jest też kwestia wzrostu pensji. Gdy jesteśmy młodzi, pensja szybko rośnie, po czym się stabilizuje. Za wzrostem pensji idzie wzrost liczebności rodziny i wzrost aspiracji. Kredyt, według mnie, warto brać, gdy jesteśmy już jakoś ustabilizowani. Wtedy wiemy na co nas stać. Piszę to trochę z niemieckiej perspektywy, gdzie koszty tranzakcji zakupu są bardzo wysokie – 5% podatek plus 2% kosztów notarialnych i administracyjnych. Koszty tranzakcyjne  wynoszą więc tyle, co dwa lata wynajmu. Być może w Polsce, gdzie są niższe, a rynek wynajmu mniej rozwinięty, opłaca się kupować mieszkania na „trampolinę” by dopiero w drugim czy trzecim mieszkaniu docelowo mieszkać.

Drugie pytanie, to na jak długo powinniśmy brać kredyt. By na to pytanie odpowiedzieć, musimy zdać sobie sprawę, że czasy emerytur wynoszących 60% czy 70% pensji to przywilej pierwszego pokolenia powojennego. Nasze emerytury będą znacznie niższe i będą wynosiły około 40% pensji. Oznacza to, że kredyt bierzemy do emerytury. Po przejściu na emeryturę dochody spadają, ale nie mamy kredytu na głowie i jakoś dajemy radę. Czy warto wziąć kredyt na np. 15 lat ? Według mnie nie. Czy warto się teraz sprężać ponad miarę, by za 15 lat żyć jak panisko ? Myślę, że za te 15 lat będziemy tego żałować. Lepiej jeździć z dziećmi na wakacje, gdy chcą z nami jeździć, niż potem, gdy nawet nie będą chciały z nami rozmawiać. Jeżeli ten kredyt na 15 lat i tak by nam nie ciążył, to lepiej wziąć większy kredyt do emerytury i  kupić większy dom, albo w lepszej lokalizacji.

Z drugiej strony, kredyt musi być cały czas mniejszy niż wartość zastawu. Kupowanie domu 20-sto letniego, który za 10 lat będzie wymagał poważnego remontu na kredyt na 30 lat jest ryzykowne. Trzeba wziąć pod uwagę, że za dekadę będziemy potrzebowali drugi kredyt na remont. Generalnie uważam, że dom z lat 80-tych, a więc bardzo blisko generalnego remontu, może być mniej problematyczny niż z lat 90-tch, czyli w połowie cyklu. Jeszcze lepsze są domy nowe i młode, do 10-ciu lat. To co ważne, by było nam po drodze z sąsiadami, a co jeszcze ważniejsze, by naszym dzieciom było po drodze z dziećmi w okolicy. Gdy szukałem domu, zawsze najpierw szedłem na okoliczny plac zabaw, bo w myśl zasady, że z kim przestajesz, taki się stajesz, wiedziałem, że moje dzieci się do tych relacji upodobnią. My wsiadamy w samochód i jedziemy do pracy, a dla dzieci najbliższe sąsiedztwo jest całym życiem, dlatego i dla nas powinno być najważniejsze.

Piszę tutaj o flakach z olejem. O tym, by kredyt zapewnił nam, odpowiadający naszym aspiracjom i możliwością dom. Czy warto na kredycie i nieruchomościach pospekulować ? Według mnie nie warto. Nie mam nic przeciwko pospekulowania sobie na akcjach, walutach czy surowcach. Jestem zdecydowanie na tak. O tym jest ten blog. Ale za swoje. Za tyle, ile możemy stracić. Spekulując na kredytach i domu możemy więcej stracić niż nas stać.

Czy to źle, że czterdziestka na karku i kredyt cały czas nie spłacony ? Czasy „wyrwać swoje pięć złotych i w nogi” dobiegają końca i nie będziemy za nimi płakać. Długotrwałe kredyty hipoteczne są jednym z objawów tej normalizacji. Rozsądnie wzięty kredyt hipoteczny stabilizuje społeczeństwo – następuje kreacja pieniądza, ludzie kupują domy wtedy, gdy ich potrzebują, a nie gdy dzieci się wyprowadzają, ułatwiona jest emancypacja rodziny, kredyt jest też pejczem produktywności wiszącym nad człowiekiem. Nie bez powodu, to właśnie kredyt hipoteczny jest jednym z fundamentów powojennego dobrobytu państw zachodnich.

Wyżej pisałem, że kredyt hipoteczny nie służy do spekulowania, co nie znaczy, że w tym temacie mamy ignorować cykl gospodarczy. W Polsce jest 600 tyś kredytów we frankach, z których, orientacyjnie, 200 tyś to kredyty problematyczne. Mówię o kredytach, głównie z lata 2008, których właściciele mogą przy byle wachnięciu kursu lub liboru stracić zdolność obsługiwania kredytu i mechanizmem windykacji zasilić rynek mieszkaniowy. Druga problematyczna grupa to kredyty w złotówkach na stopę zmienną (czyli wszystkie …) zaciągnięte w okresie lato 2013-2014, przy stopie 2.7% i późniejsze, zaciągnięte przy stopie 1.7%. Wiem, że od dekady, stopy procentowe znają tylko jeden kierunek, jednak dygnięcie w górę jest całkiem możliwe. W perspektywie dwóch lat, możemy sobie wyobrazić stopy typu 5%. Dla ludzi, którzy zaciągnęli kredyt przy stopie 1.7%, a więc z całkowitą ratą poniżej 5% (wibor + marża + spłata kapitału), wzrost stopy do 5%, a więc raty do 8% oznacza wzrost comiesięcznej raty o 60%. Tu też możemy mieć solidne zasilenie rynku mieszkaniowego domami z odzysku.

Formacja Tuby

Na złocie mamy bardzo ciekawą i bardzo rzadką formację tuby. Na żywo widzę taką formację pierwszy raz. Co mówi teoria ? Formacja ta mówi, że rynkiem szargają skrajne emocje. Tuba występuje jako ukoronowanie mega-hossy i zapowiada poważne spadki. Formacji tej zwykle towarzyszy duży udział publiczności. Tyle teoria, z obserwacji mogę powiedzieć, że formacja tuby to nic innego jak seria fałszywych wybić, które są praktycznym objawem skrajnych emocji. Czyli ktoś nas robi w trąbę.

wpis_23_1

Podkreślam przy tym, że linie trendu w formacji trąby mają znaczenie orientacyjne. Nie należy wyciągać daleko idących wniosków z tego czy jest nad czy pod linią.

Na złocie szalonej hossy nie było, ale była szalona korekta w ramach trwającej od 2011 roku delikatnej bessy. Zasięg tej szalonej korekty jest zbliżony do zasięgu „pójścia w hiperbolę”, czyli ostatniej, szalonej fali, dziesięcioletniej hossy z lat 2001-2011.

wpis_23_2

Ponieważ rynkiem rządzą skrajne emocje, świadomie unikam prognoz, szczególnie krótkoterminowych. O ile skrajne emocje praktycznie zawsze są zapowiedzą spadków na giełdzie, to w przypadku surowców, może być inaczej. W przypadku surowców można sobie, mimo wszystko, wyobrazić, że skrajne emocje powodują potrzebę gromadzenia surowców „na zapas”. Dlatego ta formacja, zwykle zapowiadająca poważne spadki, może się skończyć również wybiciem w gorę.

Życie po Brexicie

Wynik Brytyjskiego referendum jest wieloaspektowe. Wynik ten wpisuje się w falę buntu prowincji i ludu przeciw elitom i centrum. To samo stało się w Polsce, to samo nie stało się, dzięki cudowi nad urną, w Austrii. Na rozstrzygnięcie czeka USA, przed nami też Francja i Holandia. Główne media piszą o starciu na linii Naród–Europa. Ten spór jest, według mnie, sporem poprzednich pokoleń i teraz nie ma już znaczenia. Niestety, w pewnym wieku, ludzie patrzą się na wszystko oczami utartych schematów i przyzwyczajonych myśli, dlatego na każdym zakręcie historii, stara elita nie rozumie tego, co się dzieje. Prawdziwe starcie jest na linii prowincja–centrum i pokrywające się częściowo z nim starcie na linii populus-elita.

Giełdy zareagowały spadkiem. Obecnie wchodzimy w reżim, w którym trudno cokolwiek przewidywać. Paradoksalnie, gdy nie da się nic przewidzieć można automatycznie jedną rzecz przewidzieć – spadek poziomu inwestycji. Inwestycje są pochodną poziomu przewidywalności, stąd też i spadek cen spółek giełdowych. Niższy poziom inwestycji oznacza też presję na obniżenie, lub utrzymanie niskiego poziomu stóp procentowych. Dla Polski to bardzo dobrze – Polska gospodarka finansowana jest krótkim pieniądzem i jest uzależniona od globalnego poziomu krótkoterminowych stóp procentowych. Globalna flauta jest dla Polski wiatrem w żagle.

Przed nami otwierają się trzy pytania: co dalej w Wielką Brytanią, co dalej z Unią Europejską oraz najważniejsze – kto będzie następny.

Nowymi kandydatami do wyjścia z UE wydaje się w pierwszej kolejności Dania i Szwecja. Dania, ma już nawet jakąś tradycję – należąca do niej wtedy Grenlandia jako pierwsza w historii wypisała się z UE. Dania była też krajem, który jako pierwszy wprowadził kontrole na granicach, gdy zaczął się kryzys migracyjny. Oczywiście starym zwyczajem unii, po Danii nie było jazdy jak po Polsce czy Węgrzech – w Danii poparcie dla unii jest i tak niskie, podczas gdy w Polsce i na Węgrzech jest na poziomie 80%. Dania razem ze Szwecją są też krajami, które wyraźnie pokazały swój eurosceptycyzm nie przystępując do unii walutowej. Gdyby z UE odłączyła się Dania i Szwecja, to można myśleć o jakiejś Unii Północnej – Anglia, Dania, Szwecja, Norwegia. Do takiego grona chętnie przystąpiła by też i Holandia. Tylko, że gdyby wystąpiła Holandia, to powstaje pytanie, co z Niemcami. Czy Niemcom bliżej do protestanckiej unii wikingów, czy do Francji, Italii i Portugalii ?

Jak zareaguje Unia ? Cała sytuacja przypomina mi trochę Reformację. Wtedy, na początku Renesansu było tak, że Kościół miał poczucie Alternativelosigkeit. Bycia bez alternatywy. Wtedy, papiestwo zupełnie nie wiedziało co się dzieje i jakie ma to konsekwencje. Dopiero zwołany w poniewczasie, na 1545 rok, Sobór Trydencki był początkiem reform i rozkwitu religii katolickiej. Pytanie jakie musimy sobie dzisiaj zadać, to ile czasu zajmie Unii Europejskiej zrozumienie o co chodzi i głębokie, a przy tym właściwe reformy. Tutaj niestety jestem raczej pesymistycznie nastawiony. Główny problem jest taki, że mamy zaogniający się konflikt na linii prowincja-centrum i populus-elity, jednocześnie, tego konfliktu w dominującym kraju unii – w Niemczech – nie ma. W Niemczech nie ma jednego centrum, jest konglomerat centrów o różnej wielkości i różnym znaczeniu. Dobre miejsca pracy są rozsiane po całych Niemczech. Dodatkowo, system podatkowy brutalnie spłaszcza wynagrodzenia. Wysoka kwota wolna od podatku (20 tyś euro na rodzinę) plus bardzo progresywne stawki spłaszczają płace netto. To powoduje, że z jednej strony Niemcy są silne, nie mając zaogniającego się konfliktu, ale z drugiej strony elity nie będą w stanie zrozumieć, co się u innych dzieje.

Czy w grę wchodzi Grexit ? W zasadzie trudno cokolwiek powiedzieć. Grexit to inna kategoria wagowa – tutaj mówimy o wyjściu z unii walutowej, dodatkowo ze sporym mankiem w systemie TARGET 2. Grexit byłby, albo będzie, dużo większym problemem niż Brexit.

Jak rozwinie się sytuacja globalna zależy od tego, jak potoczą się losy samej Wielkiej Brytanii, lub już tylko Anglii. Jeżeli kraj popadnie w recesję, to nikt nie będzie chciał iść tą drogą, a unijni komisarze, będą mieli jeszcze większe poczucia bycia bez alternatywy. Gdyby jednak w Anglii zaczął się rozkwit, szczególnie na prowincji, to inne kraje zaczną sobie zadawać pytania. A unia będzie musiała walczyć o utrzymanie przy sobie peryferiów.

Wróćmy jednak do tematyki tego bloga – rynków finansowych. Tutaj będę lansował zasadę, że im trudniej fundamentalnie pogodzić sprzeczne sygnały, tym bardziej pomocna jest technika. Dopóki wykresy pozostają w swoich długoterminowych trendach, dopóty nic się nie stało. Póki co, DAX pozostaje w swoim kanale, choć szoruje po ziemi. Przez najbliższe dni, gdy sytuacja się trochę uspokoi, zrobię analizę najważniejszych dla nas wskaźników – DAX, wig20usd, chfpln, ciekawie wygląda też formacja tuby na złocie.  Póki co, mamy tylko przeczyszczenie stop-lossów.