Zarobki w Niemczech

W tym tygodniu Destatis, czyli Niemiecki GUS opublikował nowy rocznik statystyczny. Przyjrzyjmy się więc kilku wykresom rozkładu zarobków w Niemczech.

Pierwszy wykres przedstawia średnie zarobki godzinowe według grup kwalifikacji. Grupa (5) to robotnicy niewykwalifikowani, dalej wykwalifikowani (4), potem fachowcy (3), następnie specjaliści (2) i elita zarządzająca (1). Wykres jest z podziałem na chłopców i dziewczynki.

zn_1

Jak widzimy, zarobki, mimo wszystko, rosną z kwalifikacjami, aczkolwiek ten wzrost wcale nie jest taki mocny. Średnia płaca brutto super-bohatera jest tylko 3.5 razy większa od zarobków pomagiera, a w grupie (1) są też przecież ludzie zarządzający firmami zatrudniającymi tysiące pracowników. Bardziej miarodajne jest porównanie zarobków specjalistów (30 euro) i robotników niewykwalifikowanych (13 euro). Jest to tylko trochę powyżej dwa razy więcej. Dodać można, że biorąc pod uwagę Polską tytułomanię, niemiecki specjalista jest odpowiednikiem polskiego dyrektora (człowiek po prawdziwych studiach, zajmujący się skomplikowanymi i wieloaspektowymi problemami)

Płace są dodatkowo spłaszczane poprzez bardzo progresywny podatek dochodowy, co prowadzi do bardzo płaskiej struktury płac. Efekt uboczny jest taki, że Niemcy w ogóle nie rozumieją co się teraz na świecie dzieje, właśnie dlatego, że główny problem – polaryzacja społeczna – tu nie występuje.

Kolejny wykres to centyle rozkładu płac godzinowych dla ludzi pracujących na pełny i niepełny etat. Generalnie, na niepełny etat pracują głównie kobiety.

zn_2

Cały czas widzimy bardzo płaski wykres. Porównując ten wykres z poprzednim, możemy dojść do wniosku, że grupa (1) to jakieś 5% społeczeństwa, a grupa (2) to kolejne 10%.

Dla ludzi pracujących na cały etat, wykres możemy przeliczyć na zarobki miesięczne, mnożąc zarobki godzinowe przez 150 godzin. Te 150 godzin, to efektywny miesięczny czas pracy uwzględniający dni wolne i urlop.

zn_3

Widzimy tutaj, że 10% najlepiej zarabiających, zarabia więcej niż 5000 euro brutto, co daje w przypadku ojca rodziny jakieś 3300 euro netto, a kawalera, 2900 euro. Typowy Hans zarabia w okolicy 2600 euro, co daje netto prawie 2000 euro. Najsłabsi zarabiają 1500 euro, co daje miesięcznie 1200 euro.

Jakie z tego płyną wnioski. Pierwszy jest taki, że w porównaniu z Polską, płace w Niemczech są wysokie. Drugi jest taki, że polaryzacja płac brutto jest bardzo niska. Praktycznie nie ma ludzi, którzy pracują za pół darmo, co tworzy presję na organizację pracy i zaopatrzenie w niezbędne narzędzia. Trzeci wniosek jest taki, że niska polaryzacja jest dodatkowo spłaszczana progresywnym podatkiem dochodowym.

Najważniejszy wniosek jest taki, że Europejskość polega na tym, że bycie elitą oznacza wzięcie na siebie obowiązków. Właśnie o tym powinna codziennie pisać „Gazeta Wyborcza” polskiej pseudo-klasie-średniej: europejska elitarność to nie roszczeniowość i nie pogarda dla słabszych, ale właśnie przejęcie większych obowiązków. Ocean hejtu wylewany przy okazji programu 500+ nie ma z europejskością, z europejskim systemem wartości, nic wspólnego.

Reklamy

Sztuczna Inteligencja cz. 1

Wypadkową rozwoju technologicznego i problemów demograficznych może być sztuczna inteligencja. Wyżowe roczniki powojenne przechodzą już na emeryturę, więc zaczyna brakować pracowników. Dla pracowników to tylko częściowo dobrze, bo im więcej emerytów, tym więcej państwo musi zabierać z płacy brutto. Wzrost wydajności jest już niezbędny dla samego utrzymania poziomu płac netto. Dodatkowo, odejście od polityki monetaryzmu i neo-liberalizmu, które sztucznie kreowało wysokie bezrobocie,  dodatkowo obniża podaż pracowników. W praktycznie całym zachodnim świcie mamy już wieloletni rynek pracownika.

Dzisiaj, główny nurt sztucznej inteligencji to Deep Learning. W książce pod tym tytułem znalazłem ciekawy wykres ilustrujący historię sztucznej inteligencji. Widzimy dwie fale: cybernetykę i sieci neuronowe. Co ciekawe, w kontekście tego bloga, to, że szczyty fal oddalone są o około 28 lat. Dokładnie o pokolenie. Szczyty zainteresowanie sztuczną inteligencją przypada też kilka lat przed szczytem giełdowego szczytu hossy technologicznej.

wpis_45_1

Z logiki cyklu pokoleniowego wynika, że jesteśmy gdzieś w okolicy 1989 roku. Tego, że pokoleniowy przewrót polityczny już się dokonał, nie trzeba już chyba uzasadniać.  Teraz pora na przewrót technologiczny. Ten przewrót technologiczny potrwa orientacyjnie do 2028 roku. Przed nami dekada zmian.

Zauważmy do razu, że od dekady trwa mobilna rewolucja. Dzisiaj, w zasadzie wszyscy, mają iPhona albo tańszy zamiennik. Choć iPhone zmienił przez minioną dekadę nasze życie, to na to jak pracujemy, ma wpływ bardzo niewielki. Oczywiście, iPhone jest lepszy i tańszy od komputerów mobilnych używanych przez ludzi w terenie 10 czy 15 lat temu, ale nie jest to rewolucja, tylko ulepszenie. Nowa hossa technologiczna, wnioskując z logiki pokoleniowej, ma przeorać nasze miejsce pracy.

Zauważmy też, że informatykę możemy podzielić na „dużą” i „małą”. Gdy pierwsze komputery umożliwiły zbudowanie bomby wodorowej, to bała to „duża” informatyka. Gdy jednak komputery umożliwiają sekretarce napisanie listu, czy znalezienie dokumentów szybciej, to jest to „mała” informatyka. Cały cymes polega na tym, że gdy milion sekretarek pracuje znacznie wydajniej, to cała gospodarka przechodzi na inny bieg. Lata 90-te to właśnie wielki sukces „małej” informatyki. Podobnie według mnie będzie ze sztuczną inteligencją. Tu też mamy dużą i mała, i mam wrażenie, że kluczowa będzie mała sztuczna inteligencja, zastosowana w setkach tysięcy miejsc, wspomagająca pracę setek milionów ludzi. Druga ważna uwaga, to że mała informatyka karmi się osiągnięciami dużej i podobnie będzie z małą sztuczną inteligencją.

Duża sztuczna inteligencja to automatyczne samochody, rozpoznawanie twarzy i wiele rzeczy, które robi google i amazon. Przyszłością dużej AI może być też diagnostyka medyczna. Rozpoznawanie guza nowotworowego w tkance, to proces skomplikowany, ale w gruncie rzeczy rutynowy i nie-twórczy. Przewaga komputera polega na tym, że patolog widzie ileś tam tkanek w mikroskopie plus ileś tam tkanek w literaturze, a komputer widzi setki tysięcy codziennie. I na nich się uczy. Gdy Patolog-AI będzie wystarczająco pojemny, skupi w sobie wiedzę wszystkich patologów na świecie. na tym polega jego przewaga. Puszczając wodzy wyobraźni, można też sobie wyobrazić sędziego AI, który się z czasem uczy orzecznictwa 🙂

Wracając na ziemię. Przy okazji dużego AI powstaje wiele narzędzi, które są dostępne dla wszystkich, przykładem jest googlowy TensorFlow. Zastosowanie tych narzędzi może właśnie przeorać nasze miejsca pracy. Często jest tak, że praca na komputerze jest w gruncie rzeczy mechaniczna, ale opisanie algorytmiczne procesu jest jednak trudne. W tym przypadku standardowa automatyzacja, algorytmiczna, jest również trudna i przez to ekonomicznie nieopłacalna. Jest to jednak idealny przypadek do zastosowania AI. Nie mamy wtedy algorytmicznego opisu problemu, ale na przykładach robot AI uczy się zastępować człowieka w danym rutynowym zajęciu. Jeżeli będzie to łatwe do zrobienia – a obecnie robi się łatwe – to mamy początek rewolucji.

Każdy kto ma rutynowe, zinformatyzowane, miejsce pracy zostanie albo zrehumanizowany albo zredukowany.

 

Październik roku z Siódmką

Październik generalnie źle się kojarzy. Siódemka z tyłu, też się kojarzy słabo. Wynika to chyba też z tego, że dla całego pokolenia inwestorów, centralnym mitem był Czarny Poniedziałek: 19 Października 1987 roku. Następne krasze dekady były jednak w latach z ósemką z tyłu: 1998 i 2008. Trzeba jednak zaznaczyć, że latem roku z siódemką skończył się trend wzrostowy a zaczęła się zmienność.

Czy więc pora się bać ?

Nie do końca wiem co jest objawem szczytu bańki spekulacyjnej. Za każdym razem tym czymś jest coś innego. To co wydaje się stałe, to ogromne zainteresowanie publiczności, połączone z barakiem już wzrostów. Inaczej mówiąc, dystrybucja z silnych rąk do słabych.

Wcześniej jednym z objawów bańki był wysoki wskaźnik Cena/Zysk. Ten wskaźnik stał się bezużyteczny w 2007/8 roku. Zanim zaczął się krasz, banki miały często wskaźnik typu 10. Problem polegał na tym, że banki dawały mi pieniądze do ręki, a sobie w księgi wpisywały: zysk.

To co może być niebezpieczne, to nagły zanik zysków.

W przypadku banków, nagły spadek zysków poprzedzony jest wypadającymi kredytami, czyli rosnącym bezrobociem. Generalnie od końca ostatniego kryzysu, bezrobocie systematycznie spada. Jednak ostatnio mieliśmy pierwszy odkąd oko sięga, chyba od 2010 roku, spadek liczby etatów. Wynikało to chyba jednak z wpływu huraganu.

W danych „establishment” mieliśmy całkowity spadek etatów o 33 tyś. Ten minus był zrobiony spadkiem o 100 tyś w kategorii „hotele i restauracje”. Dodam też, że gdy ktoś jest na liście płac, ale nie pobiera za dany dzień pensji (huragan, restauracja zamknięta) to jego etat się nie liczy. Było to specjalnie, dodatkowo, wyłuszczone w raporcie.

W danych „households” mieliśmy wzrost zatrudnienia o 900 tyś, z czego 300 tyś pochodziło od bezrobotnych a 500 tyś z nieaktywnych zawodowo. W tych danych nie ma bezpośredniego wpływu huraganu – liczy się, czy ktoś pracuje a nie czy w konkretnym dniu pobierał pensję.

Podsumowując, mimo iż dane są mało apetyczne, to tragedii tu nie widać. Jeżeli za miesiąc będziemy mieli bardzo dobry wynik, typu +180 tyś, to w ogóle nie ma się czym martwić.

Druga sprawa jest taka, że sporo liderów hossy, dowcipnie zwaną technologiczną, to agencje reklamowe. Apple się w to nie wpisuje, ale Google, Facebook i częściowo też Amazon, to duże agencje reklamowe. Google i Facebook zarabiają praktycznie tylko na reklamach.

Zastanawiam się, w jakim stopniu użytkownicy są świadomi, że za bezpłatną usługę ktoś wie o nich więcej, niż życiowy partner, albo i oni sami o sobie. Być może ludzie mają tego świadomość i chcą by tak było, by dostawali „te piosenki, które już wcześniej słyszeli”. Być może jest inaczej, ludzie nie chcą by ktoś wiedział o nich za dużo, z potencjałem wykorzystania słabostek.

Załużmy, że robimy przeglądarkę z „głupim jasiem”. Przeglądarkę, która automatycznie klika na losowe linki na każdej stronie czy rozdaje losowo lajki, albo zadaje losowe pytanie w googlach. Taki mechanizm bardzo minimalizuje wartość danych, które mają Google i FB. Tak mechanizm, gdyby się przyjął, powoduje, że te firmy muszą poszukać zupełnie nowego modelu biznesowego. Tak na siłę, to może być fundament pod przyszłą bessę.

 

Handel w niedzielę raz jeszcze

Pod sobotnim wpisem rozwinęła się ciekawa dyskusja, co potwierdza, że temat polaryzuje. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, ekonomii rozumianej jako nauki o agregatach statystycznych, temat ma znaczenie niewielkie. Jednak myśląc o gospodarce jako o miejscu życia, temat ma znaczenie zasadnicze, dotykające prawie każdego.

Tak naprawdę kluczowe pytanie brzmi: Jesli ja – potencjalny sprzedawca – mam ochote otworzyc moj sklep w niedziele, a ktos inny – potencjalny kupiec – ma ochota zrobic zakupy w moim sklepie akurat w niedziele to nikomu tym krzywdy nie robimy…

Ja uważam, że robimy. Pokażę to na przykładzie. Mamy dwa sklepy „Motylek” i „Ślimaczek”. Wszystkie skojarzenia są przypadkowe. „Motylek” jest otwarty w niedzielę, a „Ślimaczek” nie. „Motylek” handlując w niedziele rozkłada swoje koszty kapitałowe, czy koszt wynajmu miejsca na 7 dni. Tym samym, w pozostałe 6 dni może oferować niższe ceny niż „Ślimaczek”. Dzięki niedzielnemu handlowi „Motylek” zyskuje przewagę także w pozostałe dni, więc tworzy presję rynkową na wszystkich pozostałych uczestników rynku. Wszystko co nie jest zabronione jest obowiązkowe.

Zauważmy, że powyższe zdanie można można przeformułować – jeżeli chcę sprzedać towar poniżej ceny produkcji, a ktoś chce to kupić, to w zasadzie nikomu krzywdy nie robimy … Jest to dumping, który jest wszędzie zabroniony, i w zasadzie nie musimy dyskutować, że powinien być zabroniony. Nie chcę tu szerzyć macronizmów, ale dumping socjalny jest formą dumpingu.

Kolejna noga „robienia krzywdy” to każdy przejaw osiągania zysków poprzez przenoszenie kosztów na społeczeństwo. Jeżeli pracownicy „Motylka” generują większe koszty leczenia, to jest to wystarczający powód, by społeczeństwo, które za leczenie solidarnie płaci, zabroniło tego procederu.

Druga ważna sprawa to teza: Pytanie: Dlaczego pracownicy handlu mają nie pracować? Dlaczego ich życie jest takie ważne a innych nie?

Tutaj powoli wchodzimy na śliski grunt. W przypadku handlu chodzi tak naprawdę nie tylko o sprzedających ale też i o kupujących.

Wszystkie czynności możemy uporządkować na dwuwymiarowej płaszczyźnie według pilności i ważności. Generalna prawda życiowa jest taka, że rzeczy ważne – pielęgnacja więzi społecznych, dbałość o zrowie czy nauka nowego języka obcego – schodzi na dalszy plan, przygnieciona przez rzeczy pilne. Trzeba aktywnie te pilne rzeczy przydusić, by skupić się na rzeczach ważnych, na kluczowych sprawach w kluczowych momentach. Religijne przykazanie o dniu świętym rozumiem właśnie jako tworzenie moralnej presji na przekierowanie uwagi z kierunku rzeczy pilnych na ważne. To co teraz napisałem, jest inną perspektywą problemu dzieci, dopilnowanych z nauką. Chodzi o to samo zjawisko widziane praktycznie bądź abstrakcyjnie.

Oczywiście nie można ludzi zmusić do zajęcia się ważnymi rzeczami carskim prikazem. Ale można próbować wspierać to, by ludzie podnosili głowę z mozołu.

Nowa dynamika pojawi się wraz z powstaniem sklepów bezobsługowych. Wtedy argumentacja o wolnym dniu pracowników straci sens, a pytanie, czy chcemy by bezobsługowy handel był otwarty w niedziele czy nie, pozostanie otwarte.

Uwagi praktyczne

By zakaz handlu miał sens musi dotyczyć wszystkich sklepów, nie tylko dużych. Nie może być tak, że ludzie myślą, że chodzi o wycięcie konkurencji. Oczywiście z zakazu zwolnione muszą być, poza resteuracjami-i-kinami także sklepy dla podróżnych. Osobiście wykluczył bym też sklepy z dużym towarem (samochody, meble).

Uwagi końcowe

W dyskusji pojawiło się jeszcze wiele interesujących wątków, do których wrócę w następnych wpisach.

Bliżej Europy – czyli o handlu w niedzielę

Polska władza postanowiła przesunąć Polskę trochę w kierunku zachodu poprzez zakaz niedzielnego handlu. Na razie tylko w co drugą niedzielę. Temat jest ekonomicznie bardzo złożony a jednocześnie bardzo polaryzuje w Polsce opinię publiczną. Jest to też jeden z niewielu tematów w którym prasa „prawicowa” i „lewicowa” mówi jednym głosem – nie chcemy zakazu.

Polski „Newsweek” podaje, że z 29 krajów w EU tylko 9 ma zakaz handlu w niedzielę. Nie chcę tu nikogo stawiać w kącie, ale Niemcy, Francja i Hiszpania, to trochę więcej niż Litwa, Łotwa i Estonia. Na większości terenu EU, i na całym terenie starej EU handel w niedziele jest zakazany lub mocno ograniczony. Jeżeli Polska planuje zakaz handlu w niedziele, to trzeba go rozpatrywać z tej perspektywy – czy chcemy u nas europejską normalność. Nie chcę tu mówić, że europejska normalność jest zawsze dobra – ale trzeba podkreślić, że rozmawiamy to właśnie o europejskiej normalności a nie o awangardowym posunięciu.

Pokolenie temu Milton Friedman przestrzegał Polskę, by nie brała przykładu z Niemiec teraz, tylko z Niemiec, zanim zaczęli się bogacić. W Niemczech zakaz niedzielnego handlu obowiązuje od początku. Nie jest to więc owoc rozwoju, ale element życia w trakcie rozwoju. Dodam, że do chyba 2004 roku zakaz handlu zaczynał się w sobotę o 16:30. Zakaz handlu w Polsce może być elementem polityki – naśladujemy najlepszych.

Teraz kwestia najważniejsza – sprawa niedzielnego handlu jest ekonomicznie bardzo złożona. Ile wynosi koszt ekonomiczny nieprzypilnowanych z nauką dzieci ? Tego nie wiemy, ale to wcale nie znaczy, że ten koszt jest niski. Według mnie, jest on dramatycznie wysoki. Dyskutując o niedzielnym handlu, trzeba uwzględnić ten koszt. Kosztem niedzielnego handlu są dzieci, które zostaną odcięte od rynku edukacyjnego i od możliwości funkcjonowania w gospodarce przyszłości. Brzmi to bardzo patetycznie, ale tak właśnie jest i musimy to wziąć na poważnie rozmawiając o niedzielnym handlu.

Druga sprawa to zdrowie. To kwestia gospodarcza, ale też i ludzka, bo to przecież gospodarka jest do życia, a nie życie dla gospodarki. Nie pracowałem nigdy w niedziele ale przez kilka miesięcy byłem w weekendy pod telefonem, W razie awarii musiałem jakoś zareagować. Ten kilkumiesięczny brak „higieny cykliczności” miał z biegiem czasu duży wpływ i na zdrowie czy samopoczucie i na parę dodatkowych kilogramów. Ludzie, którzy nie mają systematycznego, regularnego, odpoczynku, żyją w ciągłym stresie. Ten przewlekły stres prowadzić będzie z czasem do poważnych chorób. Mówiąc prostym językim – praca w niedziele powoduje wzrost kosztów w NFZ. Te koszty ponoszone są przez wszystkich, dlatego można niedzielnego handlu zabronić. Można zabronić, by zysk jednego obywał się kosztem ogółu.

Dwie sprawy najczęściej poruszane w debacie zostawiam na koniec, jako nieistotne. Pierwsza sprawa to zwolnienia personelu. Obecnie sytuacja na rynku pracy jest na tyle dobra, że te zwolnienia rozejdą się po kościach. Wzrost obrotu w inne dni tygodnia, szczególnie w soboty, dodatkowo zrekompensuje zwolnienia.

Ostatnia wreszcie sprawa to spadek wygody ludzi, którzy do tej pory robili zakupy w niedzielę. Tu rzeczywiście, będą oni musieli pojąć jakieś wyrzeczenie w imię wspólnego dobra. Czy jest to coś nowego ? Raczej nie, przecież wyrzekamy się wielu przyjemności w imię ochrony przyrody, zmiany klimatu itp. Oddajemy też prawie połowę pensji na wspólne dobro. Czy zaplanowanie zakupów to tak wiele ? Według mnie nie.

Zawsze możemy liczyć, że wymuszenie na ludziach planowania, przełoży się na inne płaszczyzny życia. Holendrzy całe średniowiecze walczyli z wodą – w efekcie stali się najbardziej zdyscyplinowanym i najbogatszym społeczeństwem w Europie.

Niemcy – pierwsze skutki wyborów

Giełda zareagowała nadzwyczaj spokojnie na wyniki wyborów. DAX rośnie o 0.2%. Słuchałem wczoraj przemówień poszczególnych partii i nasuwa się kilka obserwacji i wniosków.

Angela Merkel w swoim przemówieniu użyła sformułowania – nielegalni imigranci. Ta nagła zmiana ma ogromne znaczenie, także dla Polski. O ile solidarne rozlokowanie uchodźców ma sens, to solidarne rozlokowanie nielegalnych imigrantów sensu nie ma. Angela wie dlaczego straciła 8% głosów i będzie starała się je odzyskać, prowadząc między innymi racjonalną politykę migracyjną.

Szef CSU, czyli Bawarskiej siostry CDU powiedział, że ma na prawo otwartą flankę i że trzeba ją zamknąć. W Bawarii są za rok wybory więc trzeba się uwijać. CSU generalnie od 2 lat nie po drodze było z przesuwaniem się w lewo, więc zrobi co mówi. Możemy się spodziewać, że CSU będzie prowadziło strategię, że przesuwamy się tak na prawo, by nie było tam już powietrza.

Szanowny Martin Schulz w kilka miesięcy, z naprawiacza demokracji po lądach i oceanach a potem, po krótkim śnie o byciu Kanclerzem, stoczył się do mało znaczącej roli. SPD będzie opozycją o on pozostanie szefem partii, ale już nie klubu parlamentarnego. Płynie z tego wniosek, że z różnymi Schulzami nie ma co się układać. Dzisiaj są, jutro ich nie ma. Na czerwonym od jakiegoś czasu trwa bessa.

Zastanawiam się też, skąd taki wynik zielonych i chyba wynika to ze sprawnego rozegrania karty huraganów. Pogoda sprzyja zielonym z huraganami tuż przed wyborami.

 

Niemcy – rozszczelnienie systemu

Na szybko pierwsze wrażenia ze wstępnych wyników wyborów. Pierwsze jest CDU z 33% głosów. To wynik fatalny. Partia straciła od ostatnich wyborów 8% wyborców. Na drugim miejscu jest socjalistyczna SPD z wynikiem około 21% i jest to najniższy wynik od wojny. Obecnie „wielka koalicja” staje się małą koalicją z poparciem poniżej 55%.

Dalej jest AfD z poparciem  13%, więc znacznie wyższym niż w sondażach. AfD staje się trzecią siłą. Za AfD jest FDP z 10%, potem zieloni z rewelacyjnym wynikiem 9.5%. Zieloni w ostatnich tygodniach naprawdę się zmobilizowali. Na końcu jest Die Linke z 9%.

Obecnie możliwe są dwie koalicje. Pierwsza to wielka koalicja, która staje się małą koalicją z poparciem poniżej 55%. SPD powiedziało już głośne NIE, wiedząc, że kolejna taka koalicja i ta partia ze 150-cio letnią tradycją przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.

Druga możliwa koalicja to Jamajka – czarni, żółci i zieloni. Jeżeli wyborcy potraktowali żółtych i zielonych poważnie, to ta koalicja będzie ogromnym rozczarowaniem dla wszystkich wyborców. Kompromis, który nikogo nie czyni szczęśliwym.

CDU dostało mocną nauczkę – przez cztery lata uganiali się za wyborcami zielonych – w efekcie zielonym nic nie uszczknęli, ale stracili 8%, które poszły do AfD. Czy będzie to początek zwrotu na prawo, czy dalsze brnięcie w lewo, gdzie nie ma nic do wygrania a jeszcze dużo jest do stracenia ?

Przez ostatnie lata w Niemczech było tak, że wszyscy posłowie i dziennikarze myśleli to samo. Rozbieżności były tylko, czy diesla zakazać za tydzień, czy już jutro. Teraz nagle ten system się rozszczelnił. Z wejściem AfD nagle pojawia się realna opozycja. Nie chcę tu mówić, że AfD jest taka fajna, bo nie jest. To trochę zbieranina jak Kukiz, trochę frustratów, trochę ludzi z brunatną bielizną i trochę super-inteligentów, który mnie do końca się w biznesie udało. Jednak AfD otworzy okna by trochę się przewietrzyło, by elita polityczna nabrała kontakt z rzeczywistością.