Mała Orkiestra i Wielki Dział Gospodarki

Służba zdrowia jest największym działem gospodarki i drugim co do wielkości wydatkiem państwa. Udział służby zdrowia w PKB przedstawia pierwszy wykres. Widzimy, że w Polsce te wydatki są dość niskie, na poziomie 6.4% PKB. Średnia OECD to prawie 9% a państwa rozwinięte mają około 10%. Najwięcej ma USA, pond 16%, jednak z mizernym skutkiem.

wpis_51_1

Możemy się spodziewać, że w najbliższych latach Polska będzie zwiększała udział służby zdrowia w PKB do poziomu 9-10%. Oznacza to zwiększenie wydatków o około 50 mld zł rocznie. Dwa razy tyle, co program 500+.

Rozmiar służby zdrowia jest porównywalny z rozmiarem budownictwa.  Wszystko co widzimy – drogi, domy i budynki to mniej-więcej suma wydatków na budownictwo przez ostatnie 30 lat. Na służbę zdrowia w tym czasie, w krajach rozwiniętych, wydaliśmy więcej. Patrząc z innej strony – na obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne wydaję w zasadzie tyle samo, co na dom. Na sporawy dom.

Jeżeli ktoś skacze na scenie i myśli, że w ten sposób zmieni ten biznes , ten biznes na 100 mld zł, to albo jest błaznem, albo głupkiem albo sabotażystą. Tak też z biegiem lat zmieniała się moja opinia o WOŚP. Coraz bardziej uważam, że sabotuje ona możliwość jakiejkolwiek racjonalnej dyskusji. Jakże niezbędnej dyskusji, jak te pieniądze wydać – czy przeznaczyć je na badania, czy na gotowe leki ? Czy wybudować wydział aparatury medycznej i kształcić inżynierów, czy kupić coś od Siemensa albo GE ?

Ktoś mi zarzuci, a co ty sam zrobiłeś ? Ja akurat swoje coś tam zrobiłem. Nie zrobiłem urządzenia do ratowania życia, ale system do zarządzania danymi genetycznym. Spotkałem ostatnio znajomego z instytutu i mówił, że ten system, już 5-cio letni, ma się dobrze i działa. Lepiej coś zrobić własnymi rękami, niż zrobić zrzutkę, by kupić coś od Siemensa. To nie Owsiak ratuje życie – życie ratują inżynierowie, i ludzie, którzy ich wykształcili.

 

Reklamy

DAX i trzech muszkietwów

DAX wyrysował piękną, wzrostową, formację trzech białych rycerzy. Dodatkowo, wybił się ponad średnią 50-cio i 20-sto dniową, oraz przeczyścił stop-lossy, długiej i męczącej konsolidacji, świecą w kształcie młota. Jedyne, do czego można się przyczepić, to że trzech białych rycerzy zwykle pojawia się po trendzie spadkowym a nie po konsolidacji. Drugie do czego można się przyczepić, to że już kilka zmyłek mieliśmy, w tej męczącej konsolidacji.

wpis_50_1

Z każdą formacją techniczną łączy się jakaś dynamika społeczna i emocje ludzkie. Ja to rozumiem tak: duża grupa inwestorów widzi, że akcje są tanie. Problem polega jednak na tym, że akcje nigdy nie są tak tanie, by nie mogły być tańsze – dlatego ci ludzie czekają. Tworzą nieujawniony popyt. Podaż sypie akcjami. Sypie i sypie. W pewnym momencie podaż już się wysypała i każdy popyt powoduje wzrost ceny. Ten ukryty popyt zaczyna wierzyć, że jest już po minimum i zaczyna kupować. Trzecia biała świeca daje poczucie pewności, że podaż się wysypała, co przyciąga czekający na parkingu kapitał.

Dodać też trzeba, że ta formacja ta jest przeciwnością trzech czarnych kruków. Formacji, która na świecach miesięcznych, bardzo się nam na wig20 sprawdziła. Tak ze cztery razy, o ile pamiętam.

Przy okazji na froncie budowy rządu mamy ciekawe wydarzenia. W Niemczech, 6 stycznia to tradycyjnie dzień corocznych konferencji-zjazdów partii politycznych. Nowy szef bawarskiej CSU napisał przed zjazdem artykuł pod tytułem: „Wir brauchen eine buergeliche-konservative Wende„, a na zjazd partii zaprosił Viktora Orbana.

Tytuł  trudno dosłownie przetłumaczyć. Wir brauchen znaczy, że potrzebujemy. buergerlich znaczy coś między mieszczański, obywatelski a burżuazyjny, a Wende znaczy zmianę, przy czym normalnie pod pojęciem die Wende rozumiane są wydarzenia lat 1989-90. Słowem, po Polsku: potrzebujemy mieszczańsko-konserwatywnej kontrrewolucji. Po Austrii, katolicka Bawaria również przechyla się w stronę burżuazyjną. Co ciekawe, obecnie PiS przechyla się troszkę z kierunku ludowo-konserwatywnego na burżuazyjno-konserwatywny.

Sam papier postaram się streścić w następnym wpisie. Ma on znaczenie nie tylko dla Bawarii czy Niemiec, ale dla równowagi sił w Europie.

W każdym razie, od dzisiaj zaczynają się przygotowania do wielkiej koalicji z CDU, CSU oraz SPD. Jeżeli się nie da, to będą na wiosnę nowe wybory. CSU postawiło sprawę dość jasno i nie może się ugiąć, bo ma zaraz wybory w Landzie. Pytanie co zrobi SPD i czy odpuści sobie swoje fantastyczne wizje przebudowy Europy w tęczowo-beżowy kołchoz, czy jednak nie.

Mezony i dyktatura ciemniaków

Hadrony składają się z kwarków i antykwarków. Kwark ma liczbę barionową 1/3 (antykwark ma -1/3), aby cząstka była obserwowalna, musi mieć całkowitą, a nie ułamkową, liczbę bariononą. Mezony składają się z jednego kwarka i antykwarka, mają więc liczbę barionową 0. Bariony składają się z trzech kwarków, mają więc liczbę barionową 1, a anty-bariony z trzech antykwarków, z liczbą barionową -1. Teoretycznie, możliwy jest też pentaquark, który ma 4 kwarki i jeden antykwark, a więc liczbę barionową 1. Jego istnienie nie zostało jednak potwierdzone eksperymentalnie, mimo wielu szumnych zapowiedzi. Liczba barionowa systemu jest stała. Można więc wyprodukować pojedynczy mezon, ale bariony zawsze parami: barion-antybarion.

Tyle wstępem, by zaznaczyć, że nie mam „obrzydliwej gęby chama” według definicji Ostatniej Nadziei Demokracji – Krzysztofa Łozińskiego.

Post lidera Komitetu Obrony Demokracji o „obrzydliwej gębie chama” i „bydła na salonach” jest tak przełomowy i wieloaspektowy, że muszę go tutaj na blogu skomentować.

Po pierwsze, G. Friedman definiował barbarzyństwo jako głęboką wiarę, że zwyczaje obowiązujące w mojej wiosce są świętym prawem natury. Fizyka jest tylko częścią nauk przyrodniczych, które są tylko częścią nauki i kultury. Fizyka cząstek elementarnych jest też tylko częścią fizyki i to być może już nie najważniejszą – najważniejsza obecnie wydaje się fizyka półprzewodników (praktycznie) i niskich temperatur (teoria kwantowa). Jeżeli ktoś oddziela bydło od nie-bydła znajomością liczby barionowej mezonu, to właśnie stawia się po stronie barbarzyńców. Po stronie ludzi, którzy wierzą, że znajomości tego, czego akurat mnie uczyli w szkole, dzieli ludzi na ludzi i pod-ludzi.

Po drugie, ta arogancja i pogarda. Znam wielu ludzi, którzy w fizyce coś tam osiągnęli. Żadnego noblisty nie znam osobiście, aczkolwiek rozmawiałem z kilkoma podczas różnych prezentacji. Znam za to osobiście wielu ludzi, którzy są liderami największych obecnie eksperymentów fizyki, tej od mezonów. Piłem z nimi wino, czasem do nieprzytomności 🙂 Ci ludzie nigdy nie wykazywali takiej pogardy, a już  na pewno nie wobec prostego człowieka. Wobec prostego człowieka nastawienie jest zwykle jak w tym wierszyku o kaganku oświaty. Nie wszyscy są aniołkami, ale jeżeli ktoś okazywał pogardę, to wobec, jak to się mówi, bezpośredniej konkurencji.

Taka pogarda charakterystyczna jest dla luzerów. Dla ludzi, którym się nie udało i mają o to pretensję do całego świata. Mają żal, że ktoś skradł im wymarzone wpływy i stanowisko, i na pewno nie zrobił tego pracowitością czy zdolnością.

Po trzecie wreszcie, i tu robi się ciekawie. W Polsce partią „my jesteśmy elita, na nas musicie głosować” była najpierw Unia Demokratyczna, potem Wolności, a wreszcie Obywatelska, nie tyle Unia czy Milicja, co Platforma. Spójrzmy na jej liderów. Praktycznie wszyscy, przewijający się przez zarząd, liderzy to historycy (Geremek, Tusk, Komorowski, Rokita, Schetyna), czasami trafia się prawnik lub ekonomista. Człowieka, który te mezony zabarionować potrafi, ze świecą szukać. Znaczy Unia Demokratyczna to „chamy, które wtargnęły na salony” ? Tego nie mówi Ojciec Dyrektor, to mówi Komitet Obrony Demokracji.

Po czwarte wreszcie, polityka to sztuka budowania koalicji i wypracowywania kompromisów. Do tego nie potrzeba mezonów, a znajomości potrzeb ludzkich, względnie metod manipulacji. Do budowania koalicji ważniejsze jest sprawne operowanie słowem, a nie wzorami matematycznymi. Ludzie od mezonów raz, nie że mają często odpowiedniego aparatu komunikacyjno-manipulacyjnego, co częstą mają anty-kwalifikację: zasadniczość i bezkompromisowość. Do tego, podczas formułowania wypowiedzi, operowanie abstraktem a nie twarzą.

Po piąte wreszcie, a może człowiek ma rację. Nasz, coraz bardziej ztechnologizowany świat opisują nam ludzie, którzy nie rozumieją podstawowych zależności matematycznych. Dziennikarze studiowali dziennikarstwo, kulturoznawstwo, językoznawstwo. Czasem liznęli trochę ekonomii, ale i to głównie „ekonomii narracyjnej”. Problemy, które mają ciut bardziej złożoną strukturę matematyczną, na przykład problematyka demograficzna, nie istnieje w przestrzeni publicznej. Być może właśnie dlatego, że dziennikarze nie są w stanie jej ogarnąć. Problem o charakterze naukowym, np. globalne ocieplenie, jego przyczyny i skutki, traktowany jest religijnie, a nie naukowo. Może właśnie dlatego, że dziennikarze, nie wiedzą jak wygląda naukowa dyskusja, kwestionowanie tego co widzimy i wnioski jakie wyciągamy. Bezpośrednio związani z tematem naukowcy muszą grać w tą samą grę – od wyciągania wniosków ważniejsze jest wyciąganie dotacji z kieszenie podatnika.

Żeby było dowcipniej, ta problematyka – ignorowanie bardziej złożonych matematycznie zjawisk społecznych – pojawia się też w piśmiennictwie niemieckim, oczywiście opisana z dużo większą gracją i rzeczowo. Co ciekawe ze strony autorów, wrzucanych do worka prawicowo-populistycznego, do którego wrzucany jest każdy, kogo media nie lubią. Czy KOD wie, że jest prawicowo-populistyczny ?

Na koniec, w ramach ciekawostki. Ta fala hejtu wobec prostego człowieka to w imię demokracji. De-mo-kra-cji. Podobne podejście do elit i ludu miał też zawsze Korwin, ale on zawsze się o demokracji wyrażał obelżywie. Przynajmniej był konsekwentny.

I  już zupełnie na koniec – każde ośmieszenie się Opozycji Totalnej jest zjawiskiem pozytywnym. W nich nadziei nie ma, blokują jedynie miejsce dla normalnej, Opozycji Konstruktywnej. A ta opozycja jest Polsce teraz bardzo potrzebna.

Polska 2018

W Polsce, gospodarka nie jest obecnie największym problemem. To chyba pierwszy raz od bardzo dawna, gdy bezrobocie i bieda, szczególnie bieda dzieci, staje się zjawiskiem marginalnym, a nie szerokich klas społecznych. Sytuacja ta, choć bardzo pozytywna, otwiera pole nowej problematyki gospodarczo–społecznej: dalszy wzrost standardu życia musi być teraz osiągany przez wzrost kapitału społecznego, a nie przez czysty wzrost gospodarczy. Zadbana przestrzeń publiczna, mniej oszpecających świat reklam, sympatyczniejszy urzędnik, przyjaźniejsi sobie ludzie, czyste tramwaje i powietrze. To nowe polskie problemy, i te problemy trzeba najpierw uznać za ważne, potem dookreślić a następnie nauczyć się rozwiązywać. To jest pierwsza noga zmian.

Kluczowym zagadnieniem tak zwanego neoliberalizmu, było oszczędne zarządzanie kapitałem i korzystanie z taniej siły roboczej. Obecnie, siła robocza, nie jest już tak łatwo dostępna, a kapitał stał się tani. Obecnie kluczowe wydaje się wykorzystanie potencjału pracowników i związanie ich lojalnością. To jest druga noga zmian.

Z tych dwóch perspektyw widzimy, że styl zarządzania krajem, mam tu na myśli sumę decyzji zarządzających na wszystkich szczeblach, musi ulec głębokiemu przeobrażeniu. Stawiam tu tezę, że nie jest to możliwe z obecnym materiałem ludzkim – potrzebna jest wymiana pokoleniowa na wszystkich szczeblach zarządzania.

Pamiętam jako dziecko, na progu poprzedniej zmiany, gdy ktoś, kto założył sklep, powiedział, że programowo nie zatrudnia się sprzedawczyń z doświadczeniem. Kobieta, która raz była „boginią” nigdy nie przystosuje się do swojej funkcji w gospodarce rynkowej. Na tej samej zasadzie można postawić tezę, że człowiek, który przez 20 lat mówił pracownikom, że na jego miejsce czeka stu-albo-i-dwustu chętnych, potrafił teraz skoncentrować się wydobyciu potencjału z pracownika. Na zbudowaniu relacji opartej na wzajemnym szacunku i lojalności. Ci ludzie muszą odejść, Janusz biznesu nigdy nie przestawi się na lojalność i innowację.

Stawiam tezę, że ten proces będzie coraz bardziej widoczny w nadchodzącym roku. Rok temu pisałem o przebiegunowania i to co teraz piszę, jest rozwinięciem tej koncepcji.

Nie wierzę w falę pojedynczych zwolnień – ludzie, którzy pracują w danej organizacji przez, powiedzmy, 10 czy 15 lat, są z nią świetnie zżyci i może być ciężko porozbijać kliki pojedynczymi zwolnieniami. Wymieni się pionki, a struktury pozostaną. Lepszym rozwiązaniem wydaje się właśnie restrukturyzacja – zamknięcie całego oddziału czy pionu i zbudowanie go gdzieś indziej, na nowo. Właśnie po to, by pozbyć się starych struktur, gdy stare struktury stały się kosztem a nie wartością.

Te zmiany uderzą najmocniej w, pokolenie które weszło na rynek pracy w latach 90-tych. Dawni młodzi, wykształceni z większych ośrodków, zaczną powoli się stawać starszymi, sfrustrowanymi, nieelastycznymi. Zrestrukturyzowanymi. Wydaje się, że właśnie elastyczność może zrobić różnicę między byciem a nie byciem zrestrukturyzowanym.

Wracając do giełdy. Po pierwsze spodziewam się trudnej hossy. Przez hossę rozumiem wzrosty, przez trudną hossę rozumiem wzrosty wybiórcze. Obecnie na giełdzie w Polsce zostali ludzie, którzy coś tam z tego rozumieją, a zrozumienie problemu uczestników handlu stanowi naturalną barierę przed krańcowym niedowartościowaniem i przewartościowaniem. Nie jest też i nie będzie tak, że nagle nastąpi drastyczny spadek ceny kapitału. Kapitał, już od bardzo dawna, jest tani.

Przez jaki pryzmat należy patrzeć na spółki ? Jeżeli to co napisałem wyżej ma sens, to przez pryzmat kultury organizacji. Spółki, które włączają pracowników w proces decyzyjny, mogą liczyć na lepsze wykorzystanie ich potencjału i na lojalność. Dzięki naturalnemu procesowi awansu pracowników mogą stać się liderami branży, gdy konkurencja będzie się zmagała z utratą pracowników z jednej i ciągłym podkupowaniem na duże pieniądze kluczowych ludzi z drugiej strony. Warto chyba też przyjrzeć się spółkom przechodzącym restrukturyzację, przyglądając się właśnie, jak zmienia się ich kultura organizacji. Po trzecie wreszcie, wpisując się w globalny trend, warto przyjrzeć się spółkom, które mogą coś pokazać w obszarze IoT oraz AI.

Inwestując akcję, dajemy komuś pieniądze bez pokwitowania. Jeżeli zarząd osiąga swoje cele kosztem klienta albo pracownika, jeżeli wobec klienta lub pracownika jest cwaniaczkiem, to prędzej czy później kiwnie też inwestora. Takich spółek trzeba unikać jak ognia. Czy ja właśnie napisałem, że GTN rozpoczyna kolejną falę spadkową ?

Podsumowując, przed nami rok, który ze statystycznego punku widzenia będzie rokiem spokojnego wzrostu. Jednak pod skórką tego wzrostu spodziewam się początku głębokiego przeobrażenia strukturalnego.

„Dzieje Polski” – recenzja książki

Zacząłem pisać recenzję kilku książek o tematyce około-giełdowej i trochę długaśny tekst mi wyszedł. Przyciąłem tekst do jednej, najmniej giełdowej, recenzji, a kolejne ukażą się w przyszłym roku. Na początek pytanie, dlaczego książka historyczna na blogu giełdowym ? Odpowiem cytując Willa Duranta – psychologia uczy, jak ludzie mogą postępować, etyka uczy, jak ludzie powinni postępować, a historia uczy jak naprawdę postępują. Analiza techniczna to również nic innego jak badanie schematów zachowań, nie tyle ludzkich, co społecznych.

„Dzieje Polski” Andrzeja Nowak to, docelowo, 10 tomowe dzieło obejmujące cała historię Polski. Obecnie ukazały się cztery tomy, jestem w połowie drugiego. Jest to książka ogólno-historyczna, to znaczy koncentruje się bardziej na datach i faktach a mniej na procesach i trendach, czy na szczegółowym przedstawieniu codziennego życia w danym kontekście historycznym. Tego typu książki traktować można bardziej jako ramy historyczne, niż na naukę historyczną. Prawdziwa nauka historyczna jest właśnie w szczegółowym zrozumieniu procesu, np. jak przebiegała jakaś rewolucja, bo każda rewolucja ma podobną dynamikę.

Autor przyjął konwencję łączenia opisu historycznego z jego daleko posuniętymi konsekwencjami dla procesów historycznych i teraźniejszości. Jest to częściowo wada, częściowo zaleta. Dzięki temu książka jest dużo bardziej wciągająca przez odnośniki do naszej teraźniejszości. Dzięki temu też, lepiej przyswajamy sobie ciągłość historii. Wada polega na ryzyku, że na historię zaczniemy patrzyć przez pryzmat teraźniejszości. Cykl zaczął być pisany w 2014 roku – w momencie, gdy po kryzysie w strefie Euro, Niemcy zaczęli, z wrodzoną sobie gracją, narzucać swój styl życia całej Unii Europejskiej. Ten motyw, niemieckiej arogancji i ekspansji, jest w książce mocno uwypuklony. Jak wyglądała by książka, gdy była pisana w 2002 roku, gdy Niemcy były „chorym człowiekiem Europy”, czy w 2007 roku, gdy wydawało się, że tuż, tuż i Polska skolonizuje księżyc, a Szwajcaria zbankrutuje resetując mój kredyt. To pytanie raczej retoryczne.

Autor dość mocno akcentuje rolę Chrześcijaństwa w budowie państwa polskiego. Uważam, że jest to zaleta, czy też lepiej mówiąc, powrót do rzeczywistości. Dla Polski, przyjęcie chrztu i przyjęcie kultury pisma było jednym procesem. Przez grubo ponad połowę dziejów Polski, religia, pismo i wszystko co się z kulturą pisma łączy, w szczególności administracja państwowa były mocno zrośnięte. Nie chodzi o to, czy to dobrze czy źle – tak po prostu było i nie da się znaczenia Chrześcijaństwa w zbudowaniu  Polski wygumkować.

W dwóch ważnych kwestiach, w tym jednej giełdowej, interpretacja Autora, moim zdaniem, rozjechała się jednak z rzeczywistością.

Pierwsza kwestia to rosnąca demokratyzacja w pierwszym wieku Polski Piastów. Początkowo, o wszystkim decydować miał król, a za czasem do głosu zaczęli dochodzić możni. Poparte jest to dokumentami pisanymi – z biegiem czasu coraz więcej dokumentów pisanych wspomina możnych, kasztelanów.

Z zawodu jestem fizykiem doświadczalnym i ta interpretacja, to jakby mi ktoś przejechał po odciskach. W fizyce najpierw budujemy detektor a potem staramy się zrozumieć, poprzez bardzo zaawansowane symulacje numeryczne, co dokładnie on mierzy i czego nie mierzy. Według mnie, w pierwszych wiekach następowała jedynie demokratyzacja pisma. To, że pierwsze zapiski są tylko o Mieszku, nie znaczy że był on centralnym, absolutnym, władcą. Znaczy to tylko, że o takie głupotki, jak decyzje jakiegoś tam kasztelana, nie trafiały do dokumentów pisanych. Nikt wtedy w Europie nie stworzył absolutyzmu, władza króla opierała się na lojalności kasztelanów/grafów którzy kontrolowali zamki. Swoją drogą, ukoronowaniem demokratyzacji pisma jest Facebook – dzisiaj kronika jest pisana o każdym. Mam tylko nadzieję, że za sto lat żaden historyk nie wpadnie na pomysł, że do 2000 roku nie było prostych ludzi 🙂

Wreszcie kwesta luźno związana z giełdą. Autor opisuje rozkwit XII-XIII wieku. Dla mniej zorientowanych – to okres rozkwitu gospodarczego miast, nauki, kultury, architektury i też początek księgowości i bankowości. Symbolem tego rozkwitu jest przejście od ciężkiej architektury romańskiej do gotyku. Rozkwit ten zostanie brutalnie przerwany najpierw wielkim głodem, a w połowie XIV wieku przez Czarną Śmierć. Odtworzenie populacji zamie wtedy jakieś sto lat. W tym czasie Polska, jak i cala Europa była rozdrobniona na drobne księstewka. Autor stawia tezę, że „rozkwit gospodarczy możliwy był mimo rozdrobnienia terytorialnego”. Ta teza jest w sprzeczności z literaturą ekonomiczną, która podkreśla, że że ten zryw postępu możliwy był właśnie dzięki rozdrobnieniu. Na analizie dynamiki postępu w kontekście rozdrobnienia skupia się właśnie literatura ekonomiczna.

Pierwszy proces, to sterowanie migracją. Obszar obecnej Belgii i Holandii eksportował wtedy dużą liczbę wykształconej siły roboczej. Drobne księstewka zyskiwały na migracji, konkurowały więc między sobą o zwolnieniami podatkowymi i zapewnieniem im dogodnych warunków do utworzenia nowej koloni. Drugi proces to fakt, że każdy nowy wynalazek zagraża statusowi obecnej elity. Ta elita zawsze nowe przydusza, by nie stracić wpływów. Gdy elita nie jest jednolita, gdy jej zasięg jest niewielki, zawsze jest nadzieja, że ktoś gdzieś wpuści nowość. Świadomość, że każda nowość i tak się przebije, a przy okazji zwiększy potencjał naszych sąsiadów, znacznie ochładza zapędy do polityki – by było, tak jak było.

Wracając do książki. Od strony edytorskiej jest wydana przyzwoicie, choć przy tak dużych stronach, można by było myśleć o dwóch szpaltach lub o większym ostępie między liniami. Trochę brakuje też mapek, są jakoś tak dwie-trzy na tom. Zamiast mapek jest wiele kolorowych ilustracji, niestety tylko nieliczne z nich mają jakąś wartość uzupełniającą tekst. Historię wczesnego średniowiecza często ilustrują budowle z czasów Kazimierza Wielkiego, przebudowane w Renesansie z dopiskiem, że powstały w tym samym miejscu co gród założony w 1150 roku. Dla archeologa, to może cenne miejsce, ale zrozumienie czytelnika nie zostaje jakoś szczególnie rozszerzona. Rozumiem, że zachowanych budowli z wczesnego średniowiecza jest w Polsce niewiele – Polska nie była kamienno-romańska tylko dębowa – w tej sytuacji trzeba szukać tego, co się zachowało a nie ilustrować „zaślepkami”.

Podsumowując. Książki nie zaliczył bym do lektur obowiązkowych, ale mimo to warto ją przeczytać. Pozwala ona przypomnieć sobie, to, czego człowiek nie nauczył się w szkole i zapewnia fundament wiedzy historycznej. Fundament potrzeby tak do głębszego zrozumieniu naszej rzeczywistości jak i będący ważnym elementem szeroko rozumianej przynależności do inteligencji. Dodatkowy urok serii nadaje jej aktualność, to że teraz jest pisana, i trzeba będzie poczekać na kolejny tom. Dzięki temu seria staje się też zjawiskiem społecznym, o którym podyskutować można na spotkaniu przy lampce wina.

 

Prognozy na 2018 roku – sytuacja globalna

Od wielu lat mówię o echu politycznego i geopolitycznego przetasowania w 28 lat po przetasowaniu z roku 1989. Nadchodzący rok może być kulminacją tego przetasowania – jest tym samym momentem, w którym istnieje ryzyko nieprzewidywanej eskalacji.

Najważniejszym wydarzeniem sezony będzie chyba Północna Korea. Jeżeli Trump dogada się z Chinami by sprawę raz na zawsze rozwiązać, albo przynajmniej sprawę testów rakietowych rozwiązać, to będzie to kamień milowy utraty znaczenia Europy. W ważnych globalnie sprawach Europa stoi z boku, jedynie obszczekując Trumpa jak ratlerek.

Niemiecka, polityczno–medialna, hmm, … powiedzmy, że mafia, o Trumpie pisze tylko źle. Nawet obojętnie się nie zdarza, reforma podatkowa to przykładowo, tragi-komedia. Jeżeli Trump pokaże dyplomatyczny szyk i porozumie się z Chinami, to ta mafia chyba uświadomi sobie, że jest wspomnianym ratlerkiem – może szczekać, ale nie jest partnerem, tylko zbędnym komentatorem. To może doprowadzić do nieprzewidywalnego zwrotu akcji.

Same Niemcy też są niestabilne politycznie. Katastrofalne dla CDU wyniki wyborów Merkel skomentowała, że nikt nie może stworzyć kolacji bez nas. Problem w tym, że z CDU też nikt nie chce stworzyć koalicji. Poza Zielonymi, ale to za mało. Nowe wybory niekoniecznie coś zmienią – albo CDU wywali Merkel i przesunie się z powrotem na swoje miejsce – wtedy odbierze głosy AfD i może stworzyć koalicję CDU-FDP. Albo przesunie się jeszcze bardziej na lewo odbierając głosy SPD i tworząc dużo miejsca po prawej stronie. Tyle, że na lewo jest ciasno …

Patrząc na indeksy giełdowe, kluczowe pytanie brzmi, czy nastąpi słynny decoupling. S&P 500 pięknie rośnie, a DAX od trzech miesięcy nie ma siły, i zmarnował piękną okazję do wzrostów. Ostatnio spadł nawet poniżej średniej 50-cio dniowej. Sytuacja samodzielnego wzrostu w USA przy stagnacji na innych rynkach staje się realna. Gdy potrwa to dłużej, globalnym inwestorom odechce się kiszenia na lokalnym rynku i przeniosą kapitał do USA.

Hossa rozpoczęła się wiosną 2009 roku, za kilka miesięcy stuknie jest 9 latek. To dużo. Bardzo dużo. Co prawda hossa przeszła przez kilka brutalnych korekt, i przetrwała pękanie małych baniek (np. na bio-techu), co oczyściło rynek. Trzeba sobie też zadać pytanie, czy pełne zatrudnienie to przegrzanie czy właśnie normalność.

Analiza techniczna uczy, że gdy kurs wybija się z trendu bocznego, czy generalnie zmienia kierunek, to trzeba ignorować oscylatory. Przez analogię, można powiedzieć, że w latach 1980–2008 celem polityki makroekonomicznej było zapewnienie taniego pracownika. Dopiero po kryzysie, wysokie zatrudnienie stało się głównym celem polityki monetarnej. Jeżeli po tak długiej, 30-sto letniej stagnacji, rynek wybił się w kierunku pełnego zatrudnienia, ale jeszcze bez eskalacji oczekiwań płacowych, to jest to powrót do normalności, a nie przegrzanie. Do przegrzania brakuje jeszcze wielu, wielu lat i podwojenia pensji.

Na naszym pokoleniowym zegarze wchodzimy w lata 90-te czyli rewolucję PC. Według mnie, tym razem, ta rewolucja technologiczna będzie miała dwa, powiązane ze sobą tematy. Pierwszy to IoT – internet rzeczy, drugi to AI – sztuczna inteligencja. IoT zapewni kolejną eksplozję ilości i różnorodności danych, by ją ogarnąć potrzebna będzie pomoc w postaci AI, zwykła analityka może nie dać rady. Z drugiej strony drogi pracownik będzie tworzył presję na automatyzacją prostej pracy biurowej – co też jest polem do zastosowania AI.

Rewolucja PC przeniosła moc obliczeniową z Mainframe, z centrali, na biurka pracowników. Odejście od złożonej architektury wielodostępowej do prostego, samodzielnego PC umożliwiło masową komputeryzację

Obecnie, zgodnie z zasadą zmienności, moc obliczeniowa jest przenoszona do chmury czyli centralizowana. Podobnie, to połączenie wszystkiego ze wszystkim umożliwi masową komputeryzację tysiąca prostych urządzeń. Rewolucja polega, w gruncie rzeczy na tym, że te proste urządzenia muszą tylko robić swoją robotę i zapewniać standardowy interface do wymiany danych – jak jest to połączone w jeden system, jest realizowane na innym poziomie.

Podsumowując, przy założeniu, że nie będzie wojny atomowej:

Po pierwsze, surowców jest pod dostatkiem i tak pozostanie. Po drugie, w silnych gospodarkach (USA, Niemcy) da o sobie znać presja płacowa na szerokim froncie. Po trzecie, inflacja będzie mimo wszystko umiarkowania, w okolicach 2-3%. Po czwarte, na słabych rynkach (ClubMed) zacznie się poprawiać. Po piąte, sztuczna inteligencja i IoT będzie coraz bardziej w modzie i to tutaj mogą się trafić perełki inwestycyjne.

Artykuł 7.1 – co może zrobić Polska

Spór między Komisją Europejską, czy ściślej między F. Timmermansem (FT), a Polską ma charakter fundamentalny – chodzi o kształt demokracji i Europejskiej Unii – mimo to uważam, że strona Polska powinna go utopić w gadaninie i procedurze. Szczególnie, że czas i logika dziejowa stoi po polskiej stronie.

O co jest ten fundamentalny spór ? Start dowcip mówi, że gdyby wybory mogły coś zmienić, to byłyby zabronione. Do tego dąży właśnie wspomniany Timmermens. Do tego, by wybory mogły coś zmienić jedynie kosmetycznie, a nie zasadniczo. On sam też ma ogień pod siedzeniem – jego partia od Wojny, przez 70 lat, zawsze dostawała między 20% a 30%. W ostatnich wyborach parlamentarnych dostała 6%. Nie 26% tylko 6%. Ale odłóżmy ten spór na półkę.

Główny motyw obrony polega na tym, że partnerem KE jest Rząd. Rząd jednak w gruncie rzeczy, w przedmiocie sporu nic nie może, i FT nie jest chyba tego świadomy. Polski premier nie jest nawet posłem, nie może Parlamentowi nic rozkazać. Nie może przepchnąć ustawy. Spór dotyczy w dużej mierze prawodawstwa i tutaj Morawiecki musi wytłumaczyć FT, że w Polsce to Rząd odpowiada przed Parlamentem, a nie Parlament przed Rządem. Jak chce się dogadać z Parlamentem, to niech do Parlamentu pisze, najlepiej na Berdyczów.

Rząd powinien więc wyrazić wolę współpracy, na każdym kroku podkreślając swoją niemoc wynikającą z trójpodziału władz, będącego zresztą fundamentem demokracji.

To co Rząd może samodzielnie zrobić, to wydrukować wyroki TK. Te wyroki i tak już nie mają znaczenia, a ich nie-wydrukowanie było faktycznie pojechaniem po bandzie.

Po drugie, Rząd może przekonać Parlament, do wyrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w nowych ustawach o reformie sądownictwa. Ja jestem z tych, którzy uważają, że ważnymi pryncypiami nie gra się, by paru Sędziów wypchnąć na burtę.

Dochodzimy wreszcie do sprawy najciekawszej  – Trybunału Konstytucyjnego. Obecny stan tego Trybunału i sposób jego wybrania, budzi pewne wątpliwości. Rząd powinien więc zapytać KE jak ma konkretnie, krok po kroku, ten problem rozwiązać. Tego się, według moich obliczeń, nie da zrobić. Każde majstrowanie obecnie przy Trybunale doprowadzi jedynie do jeszcze większych wątpliwości, co do legalności. Rząd ma odwołać już zaprzysiężonych posłów ? Parlament ma rozwiązać Trybunał ? Trybunał ma się sam rozwiązać ? A kto go do tego zmusi ? Jak się człowiek nie odkręci, to dupa zawsze z tyłu …

Jedyna możliwość to zmiana konstytucji przez parlament, większością konstytucyjną. Czyli zmieniamy konstytucję, by KE uznała, że ją przestrzegamy. Mrożek z Bareją by tego nie wymyślili.

Im bardziej strona polska będzie wymagała konkretnego, krok–po–kroku rozwiązania, tym bardziej będzie oczywiste, że KE nie ma pojęcia co do szczegółów. Tym bardziej będzie oczywiste, dla wszystkich, że chodzi o spór polityczny a nie o praworządność. Z czasem i KE się zorientuje, że została przez Totalną Opozycję wpuszczona w maliny.

Na koniec zadajmy sobie pytanie, po co PiS tę burdę o sądownictwo tak rozbabrał. Te same cele mógłby osiągnąć przecież po cichu i nawet nie później, a wcześniej.

Moja teoria jest następująca. Za reformą sądownictwa typu – spalić i zaorać – jest jakieś 80% społeczeństwa. Tyle, że sądownictwo, nigdy nie było tematem wyborczym. Nie było czymś, co jest kluczowym elementem decydującym o wyborze. Przez to, że PiS rozdmuchał spór, a Platforma i Nowoczesna stanęła po stronie „by było, tak jak było”, reforma sądownictwa staje się tematem, staje się  problemem wyborczym. I w tym temacie, PiS ma przytłaczającą większość po swojej stronie.

Pytanie czy z Artykułem 7.1 PiS nie przyjmie podobnej logiki. Rozbuchanie sporu z KE, by opozycja stanęła na pozycji z góry przegranej. Polacy nie lubią frustratów latających do carycy, bo stracili jakieś tam przywileje. Być może jednak wymiana premiera na Morawieckiego jest sygnałem, że PiS chce na tej linii uspokojenia.

W gruncie rzeczy, na jednomyślność wszystkich krajów UE w kwestii Artykułu 7.1 szanse są bardzo niewielkie, ale kuszenie losu też do rozsądnych nie należy.

Pozostaje pytanie, kto po polskiej stronie miałby być takim rozgrywającym ? Min Waszczykowski się do tego nie nadaje. On mówi niby po angielsku, ale w gruncie rzeczy po polsku – a jego głównym zadaniem jest właśnie uzasadnić polski punkt widzenia tak, by zagraniczni partnerzy to zrozumieli.  Takim rozgrywającym może być Morawiecki – zapewne ma większe doświadczenia w pracy z ludzi z innego kręgu kulturowego.