Trump i obniżka podatków

Obniżenie stopy podatkowej z obecnych 35% do, powiedzmy, 20% oznacza automatycznie, że zyski przedsiębiorstw wzrosną o 20%. Siłą faktu oznacza to wzrost wartości przedsiębiorstwa o 20% i w następstwie wzrost kursu o, orientacyjnie, 20%. Jest to świetne paliwo do kontynuowania tramkowej hossy.

Do tego dochodzą efekty drugiego rzędu i efekty jednorazowe. Obecnie, amerykańskie firmy mają, poza granicami, zgromadzone zyski wynoszące około 2000 mld usd. Gdy amerykańska firma ma zysk zagranicą, płaci podatek lokalny, ale podatek w USA płaci dopiero w momencie repatriacji zysków. Mimo, iż firma nie płaci jeszcze podatku w USA, to tworzy od razu na ten cel rezerwę. Przykładowo Apple ma tych rezerw na zapłatę podatku po repatriacji zysków na 27 mld usd. Jeżeli wszystkie zgromadzone zyski wynoszą 2000 mld, to tych rezerw jest 700 mld usd. Jeżeli Trump obniży podatki, to można spodziewać się fali repatriacji – firmy rozwiążą rezerwy na 700 mld i zapłacą 400 mld, czyli wykażą zysk na 300 mld usd. Amerykański MinFin wykaże wzrost zysków na wspomniane 400 mld usd. Dodatkowo 2000 mld przepłynie przez oceany.

Wszyscy są zadowoleni. Przedsiębiorstwa wykazały piękny zysk. Rząd wykazał zrównoważony budżet. Do kraju napłynął kapitał, który też będzie szukał zysku tworząc przy okazji miejsca pracy. Jest to naprawdę kusząca perspektywa.

Trudno oszacować efekt w krajach, z których kapitał odpłynie. Jeżeli był ulokowany w obligacjach USA, to nić się nie zmieni. Jeżeli był w lokalnych walutach i obligacjach, to kraje te mogą odczuć konsekwencje odpływu pieniądza – załamanie cen obligacji. 2000 mld usd to dużo pieniędzy, jest to porównywalne z wszystkimi obligacjami Niemiec czy Italii.

Warto też zwrócić uwagę, że amerykański system podatkowy żyje w rzeczywistości lat 50-tych. Wtedy USA było jedynym krajem, w który miał funkcjonujący przemysł, więc wysokie podatki były uzasadnione premią za brak konkurencji. Opodatkowywanie zysków dopiero po powrocie zachęcało firmy do reinwestowanie zysków w np. Europie, co też było celem politycznym. Obecnie sytuacji jest zupełnie inna – to USA jest dramatycznie niedoinwestowanie – i zmiana logiki systemu podatkowego i tak jest konieczna.

Na koniec wreszcie przypomnę, że na świecie trwa przesilenie pokoleniowe. Świat przestawia się na nowe tory. Od inwestora wymaga to, że poza wykresami i wiedzą o gospodarce relewantne staje się zrozumienie sytuacji społecznej i politycznej, bo to zmiany regulacji i filozofii regulacji będą teraz kształtowały rynek.

Ustawa Frankowa raz jeszcze

Prezes Kaczyński palnął ogromne głupstwo zachęcając ludzi z kredytami frankowymi do samodzielnej walki w sądzie zamiast przegłosowania przedstawionej przez Dudę i Glapińskiego ustawy frankowej. Zacznijmy od tego, że z kredytami frankowymi łączą się dwa problemy: prawny i ekonomiczny. W tym wpisie skupiam się jedynie na problemie prawnym.

Problem prawny polega na tym, że UOKiK wprowadził chaos prawny kwestionując indeksację opartą o tabelkę bankową. Ustawa określająca, ile mogą maksymalnie wynosić spready rozwiązałaby ten problem systemowo i jednym pociągnięciem. Ta ustawa stworzyłaby koszty dla banków, które musiałyby oddać spready, ale nie stwarza żadnych poważnych kosztów operacyjnych (administracyjnych). Trzeba tylko przeliczyć na nowo kredyt.

Dochodzenie praw w sądzie przez poszczególnych ludzi niesie ze sobą szereg problemów:

  1. Niejasne orzecznictwo. Niektórzy frankowcy chcą, by niejasną indeksację zastąpić żadną indeksacją – kredyt w złotych oprocentowany liborem. Taka interpretacja jest wyraźnym naruszeniem zasady współżycia społecznego, ale do tego dążą najbardziej bojowe frakcje kredytobiorców. W jednym sądzie to przejdzie, w innym nie. Tworzy się stan jeszcze większego chaosu prawnego i braku przewidywalności tak dla kredytobiorców jak i banków.
  2. Ryzyko korupcji. W gestii sądu jest stwierdzenie, czy kredyt był czy nie. Szczególnie jeżeli będziemy forsować interpretację, że sąd nie poprawia umowy, tylko wykreśla abuzywne klauzule. Pokusa korupcyjna jest gigantyczna, a okazja tworzy złodzieja.
  3. Gigantyczne koszty operacyjne. Sądy zostaną zalane setkami tysięcy spraw, które będą pojedynczo rozpatrywane. Lata czekania na rozpatrzenie. Lata czekania na rozpatrzenie jakiejkolwiek innej prawy. Gigantyczne zyski prawników.
  4. Niezależnie od tego jakie będą wyroki zapadać, wizerunek sądów jako miejsca orzekania prawa i sprawiedliwości spadnie z poziomu piwnicy obecnie do poziomu studni, względnie studni głębinowej.

Jaki może być zysk ? Jedyne co przychodzi do głowy, to sprowokowanie przelania czary goryczy, by zyskać poparcie społeczeństwo to głębokiej reformy sądów. Według mnie, społeczne poparcie, by system sądowniczy roz(piii….) i zbudować na nowo i tak jest. Nie trzeba tu sztucznie wywoływać kryzysu prawnego.

Ustawa Dudy / Glapińskiego która ustawowo określa spready kredytów walutowych ma same zalety i należy ją jak najszybciej przyjąć. Dzięki tej ustawie banki trochę stracą, ale i tak nienależnych zysków, w zamian wszyscy, również banki, zyskają większą stabilność prawną. Nie będzie ryzyka prób rozwiązywania problemu ekonomicznego (tego, że kredyt we frankach przestał się opłacać) pod pozorem rozwiązania prawnego (niejasno określone spready w kredytach indeksowanych).

Od ABS-u do samochodu autonomicznego

Pierwszym krokiem w kierunku samochodu autonomicznego był wynaleziony w okolicach lat 70-tych system ABS. Filozofia była mniej-więcej taka: prowadzenie samochodu jest procesem bardzo złożonym i pozostawionym człowiekowi, jednak w sytuacjach brzegowych, gdy liczy się mała liczba parametrów i szybkość reagowania, sterowanie przejmują systemy automatyczne. Z czasem doszły dodatkowe systemy, np.  autonomicznego parkowania, gdzie to jednak kierowca naciska pedał gazu i to on ponosi pełną odpowiedzialność. Tutaj dochodzimy do kluczowego tematu: odpowiedzialność.

Ta odpowiedzialność ma dla kierowcy konkretną cenę. Za ubezpieczenie swojego grata płacę jakieś 6% wartości rynkowej samochodu rocznie. System autonomiczny, który przejmuje odpowiedzialność jest więc automatycznie wart tyle, ile wynosi koszt ubezpieczenia. W przypadku nowego samochodu klasy średniej, koszt ubezpieczenia na 5 lat robi się szybko w okolicy 10 tyś euro.

Zbudowanie sytemu autonomicznego, który kosztuje poniżej 10 tyś euro, wliczając koszty powstałe w wypadkach, oznacza zysk. System tworzy wartość. Sama jazda autonomiczna, bez ponoszenia przez samochód odpowiedzialności (a więc kierowca i tak musi być w ciągłej gotowości) ma wartość bardzo umiarkowaną. Praktycznie żadną.

Jeżeli taki system autonomiczny powstanie, to przemebluje nasz świat. Po pierwsze, firmy ubezpieczeniowe będą musiały sobie znaleźć inny kawałek ugoru. Po drugie zawód taksówkarza straci sens. Po trzecie, dojazdy staną się mniej uciążliwe, co wypchnie ludzi w miast do obwarzanka. Po czwarte, można sobie wyobrazić, że samochód odwozi mnie do pracy, po czym jedzie zaparkować za miasto i odbiera mnie o umówionej godzinie.

Po piąte wreszcie możemy mieć przełom w „shared economy”. Samochód odwozi mnie do pracy, po czym jedzie odwieźć kogoś innego. Zamiast stać osiem i pół godziny w garażu,jeździ cały czas.

Świat już nigdy nie będzie taki sam. Podkreślam jednak, że kluczowe jest, by samochód był w pełni autonomiczny – producent przejmuje koszty ewentualnych kolizji.

Powstaje też pytanie, jaki napęd mógłby mieć taki samochód. Według mnie, najlepszy byłby system hybrydowy. Mały silnik benzynowy ładuje mały akumulator (na 10 km), koła napędzane są przez silniki elektryczne. Silnik benzynowy może przejmować część pracy na autostradzie. Dlaczego hybryda a nie zwykły silnik spalinowy ? Kluczem jest kultura pracy silnika. Od silnika spalinowego wymagamy, by pracował w jak najszerszym zakresie obrotów. Budując silnik, który pracuje tylko na konkretnych obrotach, możemy zbudować silnik znacznie wydajniejszy.

Prawda i post-prawda

Gazeta Wyborcza, piórem Jurka Owsiaka, opisała obraz „Bitwa pod Grunwaldem” słowami: Jagiełło zajmuje tam miejsce w samym centrum bitwy. Kiedyś, ta teza stałaby się prawdą. To, co było ogłoszone w prasie, a szczególnie w GW, stawało się prawdą. Oczywiście są ludzie, którzy byli i widzieli, i wiedzą, że w centrum bitwy jest Wielki Książe Litewski Witold. Tylko ilu ludzi w Polsce chodziło do liceum 200 metrów od Muzeum Narodowego ?

Teraz, za sprawą internetu, wszystko się zmienia. Każdy dzieciak może sprawdzić w Wikipedii, jak jest i dojść do wniosku, że Jurek Owsiak sprzedaje nam post-prawdę. Czyli łże jak bura suka. Wyrokowanie co jest prawdą, a co post-prawdą bardzo się zdemokratyzowało.

W tym samym tygodniu, ta sama gazeta napisała, że o liście Tuska mówi cały świat. Kiedyś ta teza stałaby się prawdą. Dziś każdy z internetem i znajomością języków może stwierdzić, że to zwykła megalomania. Przykładowo, „die Welt” wspomniał o tym liście jedynie w dwóch zdaniach, przy okazji samego spotkania na Malcie i to raczej w lekceważącym tonie. W wolnym tłumaczeniu: akty strzeliste i tezy nie poparte argumentami są w tym momencie mało pomocne.

Nie inaczej było z fotografią czteroletniego chłopca samodzielnie maszerującego przez pustynię. Zdjęcie kilka lat temu obiegło cały świat. Stało się symbolem Syryjskich uchodźców. Tydzień później wyciekł inny kadr, na którym widać, że była to ustawka i chłopiec maszeruje kilka metrów od dużej grupy ludzi. Zarządzanie informacją i symbolami bardzo się zdemokratyzowało.

Choć tak naprawdę nigdy nie dowiemy się, czy słynne zdanie – nie mają chleba, to niech jedzą ciastka, powiedziała Maria Antonina czy jest to wymysł Jakobinów, obecne ustawki zostawiają po sobie dużo więcej śladów. I tutaj właśnie zmieniają się zasady gry. Nie w tym, że jakiś projekt polityczny zbudowany jest na prawdzie alternatywnej a to, że taką ustawkę łatwiej wykryć.

Szukając analogii historycznych, trzeba sięgnąć wstecz aż 500 lat. Dokładnie 500 lat wstecz. W 1500 roku pojawił się druk. Umożliwił on masową produkcja książek i dramatyczną demokratyzację dostępu do informacji. Siedemnaście lat później jeden mnich wpadł na pomysł, że do czytania Biblii nie potrzeba kurateli Rzymu. Ludzie dadzą sobie sami radę. Teraz, w 2000 roku internet dotarł pod strzechy i 17 lat później prezydent USA zastąpił kuratelę dziennikarzy Twitterem. Ludzie zaczynają zauważać, że do wymiany informacji nie potrzebują już żurnalistów, którzy wszystko ładnie opowiedzą i prawdę ostemplują.

Na tą zmianę zasad gry nakłada się też wymiana pokoleniowa. Co pokolenie prawda staje się kłamstwem, a cnota zbrodnią. To, że wspólna waluta przyniesie Europie wzrost, dobrobyt i konwergencję, zawsze było pobożnym, względnie bezbożnym życzeniem – faktem alternatywnym. W debacie publicznej był to jednak dogmat. W sytuacji, gdy recesja w Grecji trwa już prawie dekadę, coraz trudniej w ten dogmat wierzyć. Podobnie jak w dogmat, że austerity jest metodą na wyjście z kryzysu, albo że koszty złych decyzji władz, muszą zawsze ponosić najsłabsi.

Kolejny dogmat, który się przewraca, to teza, że siła robocza musi być elastyczna, za to pożyczkodawca, nie może być nigdy stratny. Przewrócenie się tego dogmatu może ukształtować tak giełdy jak i strukturę społeczną na długie lata.

Na koniec, dlaczego na ekonomicznym blogu o tym piszę ? Jesteśmy obecnie w centrum, zapowiadanego przeze mnie od kilku lat, przesilenia pokoleniowego. Jaki będzie wynik tego przesilenia – które dogmaty staną się łgarstwem, a jaki obciach stanie się świętością – pozostaje otwarte. Ale wynik tego przesilenia będzie kształtował wykresy na następne lata. Można powiedzieć, że do emerytury.

Wybicie górą

Po miesięcznej konsolidacji, trampkowa hossa (trampolina ?)  osiąga nowe szczyty. W zasadzie, gdzie się człowiek nie spojrzy, sytuacja wygląda optymistycznie. Zacznijmy od najważniejszego indeksu S&P500.

wpis_33_1

Mamy wyraźne wybicie górą z konsolidacji jak przy linijce. Podobnie sytuacja wygląda na DAX-ie, gdzie jednak ciut martwić może pro-spadowy układ ostatnich trzech świec.

wpis_33_2

Wybicie nie ma (jeszcze) na wykresie rentowności 10-cio letnich obligacji USA.

wpis_33_3

Na koniec wykres krajowego Wig20usd z perspektywy całej straconej dekady. Indeks pokazuje wyraźną siłę i przechodzi ze stanu wyprzedania na początku 2016 roku poprzez stan obrony miniów przez cały 2016 rok do fazy dążenia do wykupienia. Naturalny scenariusz to ruch w kierunku 600. Jeżeli tam dojdziemy, to według mnie, wrócą problemy związane z trampkową hossą – wzrost stóp procentowych w USA – co będzie tematem głębszej korekty. Mimo to, wygląda jakby indeks miał już ochotę na otrząśnięcie się ze straconej dekady.

wspi_33_4

Gdy giełdy się konsolidowały, złoto robiło wzrostową korektę, a wraz z wybiciem na giełdach zaczęło spadać. Jest to dodatkowe podkreślenie wzrostu optymizmu i oczekiwań szybszego wzrostu gospodarczego.

 

Samochód elektryczny

Cena paliwa, to cena samego paliwa plus szereg podatków, które tutaj nazwiemy opłatą drogową. Policzmy więc cenę paliwa, biorąc pod uwagę, że baryłka, która ma 160 litrów kosztuje 50 usd. Pomijam tu cenę transportu i rafinacji. Mamy więc:

50 / 160 * 4 = 1.25 zł

Biorąc pod uwagę, że benzyna kosztuje 4.75 zł, to opłata drogowa wynosi 3.50 zł na litr. Za te 1.25 zł kupujemy sobie 34 MJ energii chemicznej. Większość tej energii podczas pracy silnika pójdzie w rurę, sprawność silnika spalinowego wynosi w okolicach 40%, więc efektywnie uzyskamy 15 MJ energii mechanicznej. Dokładniejsze wyliczenie tych 15 MJ pojawi się później. Litr paliwa to, w przeliczeniu na energię elektryczną:

15 / 3.6 = 4.2 kWh

Uzasadnieniem mobilności elektrycznej jest zmniejszenie konsumpcji paliwa kopalnego. Więc licząc koszt energii elektrycznej musimy wziąć hurtową cenę energii ze źródeł odnawialnych. Wynosi ona około 30 eurocentów, czyli złoty-trzydzieści. Mamy więc:

1.30 * 4.2 = 5.50 zł

Ekwiwalent jednego litra paliwa, uzyskany z fotowoltaiki-i-wiatraków wynosi 5.50 zł. Po dodaniu opłaty drogowej mamy:

3.50 + 5.50 = 9.00 zł

Zastępując paliwo energią odnawialną oznacza, że koszty przejechania kilometra będą takie, jak gdyby paliwo było po 9 zł. Słowinie: dziewięć złotych. Gdyby benzyna była po 9 złotych, to mielibyśmy w Polsce rewolucję.

Oczywiście, gdyby wszystkie samochody były na prąd, to pobieranie podatku drogowego byłoby zapewne inaczej zrealizowane. Można pomyśleć, że od samochodu płaciłoby się stałą opłatę drogową, wynoszącą około 3 000 zł rocznie, czyli tyle, ile obecnie płaci człowiek jeżdżący 15 tyś kilometrów rocznie podatków w paliwie.

Policzmy teraz, ile kosztuje ekwiwalent litra paliwa, ale uzyskany z elektrowni na węgiel. Cena hurtowa wynosi około 7 eurocentów, czyli 30 gr. Mamy:

0.30 * 4.2 = 1.26 zł

Przypadkiem, cena energii z ropy i z węgla wyniosła tyle samo. To oczywiście nie do końca przypadek, a fundamentalnie to samo źródło plus rynek, który wyrównuje różne drogi przekształcania energii.

Jakie z tego płyną wnioski ?

Wniosek pierwszy jest taki, że zastosowanie energii elektrycznej z węgla ma podobny koszt uzyskania energii mechanicznej co silnik spalinowy. Tam, gdzie spowoduje to uproszczenie konstrukcji warto stosować silniki elektryczne. Dlatego właśnie pociągi i tramwaje napędzane są elektrycznie. I tak mamy tory, więc możemy pociągnąć i kable. Lepiej węgiel spalać w kotłowni w elektrowni, a do tego mieć osobny silnik na każde koło. Zapomnianą, niestety, formą samochodu na prąd jest trolejbus. Mówię niestety, gdyż jest to, jak widzimy, jedyny rodzaj samochodu na prąd, który ma techniczny i ekonomiczny sens.

Drugi wniosek jest taki, że zamiana silnika spalinowego na elektryczny, nawet z energii węglowej nie ma sensu, gdy doprowadzi to do skomplikowania konstrukcji. Kluczowe jest tutaj, że prąd łatwo się przetwarza, a trudno składuje. Powoduje to, że samochód na baterię, kosztuje mniej-więcej tyle co samochód dwa segmenty wyżej.  Koszt samochodu klasy kompakt (segment C) z baterią kosztuje tyle, co dwa ekwiwalentne samochody spalinowe.

Trzeci wniosek jest taki, że zastosowanie samochodu elektrycznego w imię obniżenia emisji CO2 oznacza prawie dwukrotny wzrost ceny przejechania kilometra, uwzględniając opłatę drogową. Do tego doliczyć trzeba koszt kapitału i niskiej trwałości akumulatora. Cena jest zaporowa.

Podsumowując

Koncepcja samochodu elektrycznego z baterią w imię ograniczenia emisji CO2 nie ma uzasadnienia ani technicznego, ani ekonomicznego. Jest to koncepcja czysto ideologiczna, wręcz religijna. Dodam, że jest to koncepcja, która na naszych oczach staje się niemodna.

 

Uwagi techniczne.

Skąd wzięło się przeliczenie energii chemicznej na mechaniczną ? Mój samochód pali niecałe 5 l ropy na 100 km (wartość faktyczna). Czyli:

5 * 34 / 3.6  = 47 kWh

Na swoich stronach Tesla podaje, że model S potrzebuje na 100 km 20 kWh energii elektrycznej (wartość katalogowa). Czyli przeliczając energię chemiczną na jej odpowiednik elektryczny mamy:

20 / 47 = 0.42

Dalej, mnożąc ten wskaźnik przez wartość opałową ropy, dostajemy:

34 * 0.42 = 15 MJ / litr

Smog – wykres roczny

Dzisiaj wykres niegiełdowy, będący ilustracją do dyskusji o smogu. Smog jednoznacznie wpływa na jakość życia, ale czy przełoży się na ceny nieruchomości czy nowe regulacje które poruszą giełdę, pozostaje otwarte. Smog może być też stymulatorem głębokich i niezbędnych zmian społecznych. Po załamaniu się komunizmu nastąpił w Polsce wybuch inicjatywy i mentalności „każdy sobie rzepkę skrobie”. Ten model społeczeństwa doprowadził ogromnego wzrostu poziomu życia, ale dochodzi już powoli do ściany. Dalszy wzrost standardu życia wymaga więcej kooperowania niż konkurowania oraz  przebudowania tego co wspólne, do standardu jaki oczekujemy od prywatnych inicjatyw.

Wróćmy więc do wykresu. Przedstawia on średnie miesięczne wartości tlenków i pyłu w powietrzu na Marszałkowskiej, w ug/m3. Na wykresie widzimy, że poziom tlenków jest słały i nie podlega cykliczności rocznej. W poziomie pyłów widzimy wyraźną roczną cykliczność, która może być związania z cyklem grzewczym. Warto dodać, że w styczniu tego roku średnia wynosi ponad 70 um/m3 a w szczytowym momencie zapylenie sięgnęło 200 um/m3. Czyli zgodnie z sugestią forumowicza GreenGo, poziom zapylenia jest zdominowany „paleniem śmieciami”, a nie ruchem kołowym.

wpis_32_1

W zasadzie nie do końca to rozumiem. Palenie śmieciami wchodzi w grę jedynie w podwarszawskich wsiach i miejscowościach. W samej Warszawie ludzie nie mają na to nawet miejsca, a nowe budownictwo ogrzewane jest głównie gazem. Tym samym, problem powinien rozwiązywać się sam z siebie wraz z nieubłagalnymi zmianami demograficznymi i urbanizacją.

Być może mamy tu pewien artefakt medialny. Słuchając niemieckiego radia miałem wrażenie, prze problem zapylenia leżącego w kotlinie Stuttgartu z godziny na godzinę staje się coraz bardziej palący. Teraz, analizując dane widzę, że liczba dni z przekroczonym poziomem PM10 (>50 um/m3) w ciągu dekady spadła ze 190 dni rocznie do 63. Sytuacja się dynamicznie poprawia, ale nasze oczekiwania są rosną jeszcze szybciej.

W przypadku Polski nietypowa pogoda – sucha i bezwietrzna zima – mogła być głównym powodem zawiesistego krajobrazu Warszawy. Być może sytuacja się systematycznie poprawia, ale świadomość problemu rośnie znacznie szybciej i została jeszcze spotęgowania nietypową pogodą.